Dzisiaj startujemy na blogu z nową serią postów, które w głowie siedziały mi już od dawna. Jakoś nie mogłam znaleźć dobrego pomysłu na ich pokazanie ... w jednej notce, w kilku niezwiązanych ze sobą... aż gdzieś przypadkiem przy okazji paryskich targów wpadło mi w oko hasło "playtime favourites". I choć tam użyto go w zupełnie innych kontekście (playtime jako odnośnik do nazwy imprezy), to uznałam, że będzie idealnie nadawać się na ogólną nazwę całej serii notek o tym, co najbardziej lubimy nosić na co dzień.
Nasze "ciuchy po domu" podobnie jak zestawy wyjściowe muszą spełniać szereg cech. Jedną z nich jest na pewno wygoda. Ale nawet w domowych pieleszach liczy się dla nas także jakość (pod tym kątem szczególnie oceniamy gatki, które niszczą się najszybciej) i wygląd. Choć uwielbiam widok chudych nóżek i wielkiej pampersowej pupki w rajtkach, to jednak to u nas rzadko spotykana kombinacja. Mam nadzieję, że nie staję się właśnie obiektem nienawiści rzeszy polskich matek, których dzieci biegają w rajstopach oraz że nie posądzicie mnie o próżność. Kwestia estetyczna to jedno. O gustach się nie dyskutuje, więc nie będę nikogo przekonywała do swoich racji. Po prostu podobnie jak ja nie chodzę po domu w samych rajstopach, tak i moje dziecko rajstopy zakłada tylko pod spodnie w chłodniejsze dni. Ale są także względy praktyczne. Pomimo utartej opinii o ich wygodzie, moim zdaniem rajstopy są zazwyczaj bardzo obcisłe, przez co mogą krępować ruchy dziecka znacznie bardziej niż luźniejsze dresowe spodenki. Wciśnięcie rajtek na zapieluchowaną pupkę malucha graniczy często z cudem, a nawet jeśli ta magiczna sztuczka nam się uda, to gumka w pasie wpija się w wystający brzuszek. Co więcej, rajstopy są śliskie i w naszym przypadku rozpędzony Franek na zakręcie vs. rajstopy oznacza zawsze wynik 1:0.
Z tych powodów nasza codzienna garderoba opiera się głównie na luźniejszych dresowych spodenkach lub legginsach. Do tego w zależności od temperatury zakładamy koszulki z krótkim lub długim rękawem albo bluzy. To nasz najprostszy przepis na wygodę. Chcemy się nim podzielić i dlatego od dziś co jakiś czas będziemy pokazywać Wam marki, z których najczęściej wybieramy nasze "ciuchy po domu". Zaczynamy od Gapa.
Gapa chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Wizyta w sklepach tej kultowej amerykańskiej marki od zawsze była chyba stałym punktem programu wycieczek do Europy Zachodniej lub do USA. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Z charakterystyczną granatową torebką wracałam z każdych zagranicznych wakacji. Gapa wyszukiwałam w rodzimych lumpeksach. Czaiłam się na nowe dostawy w sklepach z końcówkami kolekcji. Zamawiałam ze Stanów przez znajomych znajomych. Polubiłam za wygodę, niezmienną prostotę projektów i oczywiście bluzę z kapturem z ich logo:)
Niestety z dostępnością Gapa w Polsce bywa różnie. W warszawskim butiku pojawiają się tylko wybrane modele, które znikają z półek szybciej niż jestem w stanie tam dojechać. Do zamówień przez internet też jakoś nigdy nie miałam szczęścia. Na amerykańskiej stronie można wprawdzie płacić kartą kredytową, ale tylko zarejestrowaną na terytorium USA. Stąd chyba popularność tej marki nie osiągnęła jeszcze w Polsce apogeum. A szkoda .... bo jej wielbicieli z pewnością nad Wisła nie brakuje.
Zatem, Gap otwiera naszą top listę "ciuchów po domu". Dajemy plusa głównie za jakość i styl. Jak pewnie zdążyliście się już zorientować lubię proste formy, paski w przeróżnej postaci, stonowane kolory i klasyczne kroje. A jak do tego dołożyć wygodę, to mamy połączenie idealne:)
Dzisiejsze co-my-tu-mamy:
bluza - Gap (używana na allegro za 8 zł!)
spodenki - Gap (bieżąca kolekcja)
skarpetki - KappAhl


























































