16 lutego 2014

Love is in the air


Wszędzie wokoło słychać zarzuty, że Walentynki to święto przesiąknięte komercją, że widok wszechobecnych serduszek wywołuje u niektórych mdłości, a miłość najbliższym powinno okazywać się nie tylko od święta. Zgoda. Tych świecących serc i ckliwych melodii sączących się z radia i ja nie lubię. Trącą dla mnie kiczem i brak w nich prawdziwego przesłania. Mają nakręcać machinę sprzedaży i tyle.

Ale te same serca, te same melodie, tylko w domowym zaciszu mają dla mnie inny wymiar. Serowe serca Mama wycinała i układała na kanapkach z myślą o swoich najbliższych, żeby sprawić im przyjemność, wywołać uśmiech na ich twarzy, uczynić wyjątkowym to jedno z 365 śniadań w roku. Wieszała lampki, żeby przyjemniej było spędzać wieczorne chwile w gronie rodziny. Każda, nawet najmniejsza dekoracja to konkretny przekaz. I wtedy ma to sens. Poza tym, Walentynki dla mnie święto miłości, a nie święto zakochanych. To okazja, by o swoich uczuciach "powiedzieć" nie tylko partnerowi, ale także dzieciom, rodzicom czy najlepszej koleżance. I choć miłość powinno się okazywać codziennie, to fajnie jest raz w roku nadać temu odmienną formę.

O moich największych miłościach chyba nie muszę Wam pisać:) Moje chłopaki wiedzą....

Będzie jednak o umiłowaniach..... do klimatycznych wnętrz, dekoracji, DIY i ubrań.

W tym roku nasz dom był wyjątkowo ubogi w dekoracje (o zeszłorocznych dekoracjach TU). Prace nad sklepem piętrzą się niebiezpiecznie nad moją głową, pożerając każdą wolną chwilę. Miałam wiele planów ... na girlandy, na lampki, ale niestety w walce z czasem poległam z kretesem. Postanowiłam więc poszukać tych serc, które na co dzień goszczą w naszym domu. Dodałam do nich miłosne kanapki i lampki...... moja największa "dekoratorska" miłość! 

O Cotton Ball Lights mogłabym pisać długo. Ale żadne słowa nie oddadzą tego klimatu, który powstaje, gdy ciepłe światło lampek wypełnia wnętrze. Najzwyklejsze przedmioty zyskują nowy, łagodniejszy wygląd. Uwielbiam tę płynność otoczenia, te rozmyte i przydymione barwy. I ponad wszystko uwielbiam wieczory w takim otoczeniu!









I nasze ubraniowe love, które podbiło juz Wasze serca w zapowiadajce. Najcudowniejsza bluza i legginsy to ostatnio mój ulubiony zestaw. 

Bluza: najmilsza tkanina w dotyku we Franulowej szafie. Flawless - powinniście szyć pościel i koce!!;) Lubię ten "niedorobiony" look, grubą i mięsistą tkaninę, zewnętrzne szwy i ogromny kaptur. Frankowi jest wygodnie, a ja nie mogę przestać cieszyć się widokiem mojej ukochanej szarości z bielą. 

Legginsy: to moje ostatnie odkrycie. Za House of Mia stoi mama, która tworzy wyjątkowe rzeczy, a wśród nich przecudne legginsy z printami, kominy, czapeczki i kocyki. Balony urzekły mnie najbardziej. Wyprosilismy Mikołaja i wprost zza Oceanu przeleciały do nas te cuda. Marka dostępna jest tylko w USA, ale bardzo, bardzo liczę, że niedługo dołączy do grona gałązkowych marek. 













Choć nie przepadam za pozowanymi zdjęciami, to jednak bardzo zależało mi na mini-sesji z naszą serduchą. To już wiekowy nabytek z Ikei, który wykorzystałam do zdjęć w zeszłym roku. Chciałam móc porównać, jak bardzo Franek urósł i zmienił się przez cały rok. Zresztą zobaczcie sami ...:) Na zdjęciach nie mogło oczywiście zabraknąć naszego smoka-weterana i białego wiadra na klocki, które ostatnio jest ulubioną zabawką Gałązeczki.










A tak Walentynki spędzaliśmy w zeszłym roku....



Miłosne co-my-tu-mamy:
bluza - Flawless
legginsy - House of Mia
koszulka z nadrukiem w wąsy - RE Kids

lampki w kształcie serc - Cotton Ball Lights

12 lutego 2014

Winter apparel



Ten widok to już przeszłość:( Dzisiaj w naszej ulubionej parkowej alejce znowu króluje plucha, trudne do ominięcia kałuże i ta szarość, której w zimie nie lubię. Dzisiejsze zdjęcia to jeszcze przedszpitalne kadry, ale chciałam je Wam pokazać ze względu na kombinezon, który w tym roku nosił Franek.... tak, tak... czas przeszły chyba jest to wskazany, bo nie sądzę, żebyśmy mieli jeszcze okazję pobrykać w białym puchu:(

Zakup zimowego kombinezonu odkładałam bardzo długo, bo tegoroczna zima nie przyciskała mnie do muru;) W zasadzie może nawet gdzieś z tyłu głowy liczyłam na to, że obejdzie się bez niego. Franek jest typem "wózkowym". Na spacerach po 5 minutach na własnych nogach chce wracać do wózka. I tak z ciepłym kocykiem, śpiworkiem dawaliśmy sobie radę. Kiedy jednak spadł prawdziwy śnieg, a mi zamarzyła się zabawa na sankach, przyszedł i czas na kombinezon. 

Pierwotnie zamarzył  mi się kombinezon Mini Rodini, ale przedwyprzedażowa cena odstraszała, a potem nasza rozmiarówka poznikała z półek. W końcu nasz wybór padł na Kidscase. Zachwycił mnie ten retro look i wyjątkowość. Przyznaję szczerze, że nie jest to kombinezon na syberyjskie mrozy i wypad na narty, ale w przypadku takiego malucha jak Franek spełnia swoją funkcję. 

kombinezon - Scandinavian Minimall (%)
buty - TKMaxx
komin - ZARA
rękawiczki - no name
czapa - Cool Club










10 lutego 2014

Mummy loves UMEE


Widzicie tę uśmiechniętą buźkę na zdjęciu? Najukochańsza ..... Ale taki widok to rzadkość ostatnimi czasy:( Po szpitalnej traumie próbujemy jakoś dojść do siebie w domowych pieleszach. Mój Franek to typ odreagowujący wszystko po czasie, taka bomba ze spóźnionych zapłonem. W szpitalu był dzielny, wesoły, ruchliwy ... a w domu bardzo posmutniał, szwęda się między zabawkami, jakby nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Mam wrażenie, że nic go nie bawi, nic nie sprawia przyjemności. Przyjął strategię "byle tylko przetrwać dzień". Dodatkowo, nasza zdrowotna rekonwalescencja nadal w toku i do pełni sił jeszcze sporo brakuje. 

W tym trudnym czasie jestem cała dla niego. Rozumiem, wybaczam, pozwalałam, żeby było mu choć trochę łatwiej. Matczyna miłość i troska to jedno. Ale w tej naszej małej batalii mamy tez kilka praktycznych wspomagaczy. Z naszego instagrama mogliście się już dowiedzieć, że świnka Peppa okazała się nieocenioną szpitalną atrakcją i wybawieniem podczas inhalacji. Nadal kilka razy dziennie słyszę ten słodziutki głosik, który zaczyna coraz lepiej posługiwać się językiem, by komunikować swoje potrzeby: "Mamo Peppa", "Mamo, nie ma Peppy" (odmienia.... mały mądrala:)))

Wybawieniem okazał się także nasz nowy nabytek - kubek niekapek UMEE. Przyznam, że to trochę mnie zaskoczyło, bo Franek jest już na etapie fascynacji piciem z normalnych kubków, a butelki oraz wszelkiej maści kubeczki odchodzą powoli na drugi plan. Teraz jednak to jedyny kubeczek, z którego pije..... wszystko, włącznie z wieczornym "mjekiem". W czasie, gdy z ulgą patrzę na każdy wzięty łyk (małe dzieci odwadniają się bardzo szybko), taki gadżet to najlepsze, co mogło nam się trafić! 

Zdeklasował wszystkie poprzednie niekapki, bo ... naprawdę nic nie kapie, miękki ustnik przypomina mu trochę ukochaną dotąd butelkę, a obustronny ruchomy i elastyczny uchwyt daje wiele możliwości trzymania. Nasza jasna wykładzina uratowana;))

Więcej o kubeczku możecie przeczytać i obejrzeć TU. Kupić też:)

To nasz pierwszy prawdziwie sponsorowany (nie przez Tatę Gałązkę;))) post. Dziękuję KrainieEkoZabawek za możliwość testowania kubeczka. I od razu uprzedzam... nie sprzedaliśmy duszy diabłu;) Kubeczek sprawdził się nam rewelacyjnie.

I jeszcze mały przewodnik po stylówce:
body WTF is NO - Eh Parents for babies
spodnie - H&M
kapciuszki - Zazzu