16 stycznia 2014

Fall photo checklist p.II


W końcu i u nas spadł śnieg. Bezsprzecznie nastał koniec jesieni. To świetny moment na nasze jesienne podsumowanie. Pisałam Wam jakiś czas temu TU o blogu, na który często zaglądam i który jest moją prawdziwą inspiracją. To właśnie od Rebecci zaczerpnęłam pomysł na jesienną checklistę. 

Pisałam Wam ostatnio, że zaczynam moje zmagania z rodzinnym albumem. Mój największy problem to brak ujęć, które skomponowałyby się w ciekawy album. Mam mnóstwo takich samych zdjęć, z takiej samej perspektywy, w tym samym miejscu, ... Dzięki checkliście udało mi się wytężyć szare komórki i zrobić kilka innych zdjęć. Zdjęć naszej codzienności, małych szczegółów, które tworzą gałązkowy świat. W tym zakresie moim niedoścignionym wzorem pozostaje Szafa Tosi. Julia cudownie opowiada o swoim świecie obrazami. Marzą mi się podobne kadry z naszego życia. O ile więcej takie zdjęcia mówią o czyimś życiu niż ustawiane rodzinne ujęcia grupowe, wymuszone uśmiechy i emocje na pokaz.

Moje pierwsze zmagania z nowym podejściem do zdjęć możecie zobaczyć poniżej. Zapraszam na małe podsumowanie jesieni!

Na początek jesienna checklista


... i zdjęcia ....

fall/thanksgiving decor / jesienna dekoracja

holding a brightly coloured leaf / trzymając kolorowy liść

a single leaf on a sidewalk / pojedynczy liść na chodniku

holding a brightly coloured leaf / trzymając kolorowy liść

holding a brightly coloured leaf / trzymając kolorowy liść

 doing a halloween craft / halloweenowe robótki ręczne

a pile of pumpkins / stos dyń

a pile of pumpkins / stos dyń 

a pile of pumpkins / stos dyń  
all wrapped up in a cozy sweater / w cieplutkim swetrze

a favorite fall dessert / ulubiony jesienny deser

a favorite fall dessert / ulubiony jesienny deser

holding a brightly coloured leaf / trzymając kolorowy liść
a pile of leaves / garść liści

someone's feet in a pile of leaves / czyjeś stopy w liściach

kids playing in a pile of leaves / dzieci bawiące się w stosie liści

kids playing in a pile of leaves / dzieci bawiące się w stosie liści

images of the first frost / ujęcia pierwszego szronu

kids playing in a pile of leaves / dzieci bawiące się w stosie liści 



Rozochocona wynikami pierwszego projektu, postanowiłam pójść za ciosem i spróbować ponownie, lecz w innym temacie. Jutro wylatuję do Florencji na targi dziecęce Pitti Bimbi. Lecę sama samiutka, bez Franka (aaaaa... to nasze pierwsze prawdziwe rozstanie ... już tęsknię i nie wiem, jak to przeżyję ... <3 <3 <3). Oprócz określonego celu wyjazdu, jakim jest spotkanie z projektantkami Minimu chic for kids, postanowiłam potraktować ten weekend jako wyjazd wypoczynkowy, krótką chwilę sam na sam. Mam nadzieję, że w końcu zacznę czytać książkę, która leży na półce przykryta kurzem już od pół roku. Mam nadzieję, że wypiję w spokoju pyszną kawę z syropem, siedząc w kawiarni i gapiąc się na przechodniów. Mam nadzieję, że wieczorem powyleguję się w ciepłej pościeli, myśląc o planach na ten rok, o pomysłach na rozwój sklepu, na lepszą organizację domowego życia. Mam nadzieję, że naładuję akumulatory i wrócę pełna zapału. A jak wrócę, pokażę Wam jak było ... postaram się wszystko Wam opowiedzieć właśnie zdjęciami, które będę robić między innymi także według listy Rebecci:) O tej listy ...


14 stycznia 2014

The three of us


Początek roku to nie tylko najlepszy czas na planowanie, postanawianie, obiecywanie sobie różnych rzeczy i wzięcie głębokiego oddechu przed kolejną rundą naszego życia. Dla mnie styczeń to również moment na domknięcie wszystkich zaległych spraw, które ciągną się za mną przez cały poprzedni rok. W zasadzie to już ostatni dzwonek, żeby mój notes nie pękał w szwach. 

Jednym z takich zadań, które sobie stawiam to uporządkowanie rodzinnych zdjęć. W ciągu roku zawsze brak mi na to czasu. Blog i zdjęcia, które na nim publikuję pomagają mi wprawdzie odnaleźć się w tych tysiącach plików, nadają chronologię i ułatwiają wybór (bo są to zazwyczaj najlepsze ujęcia ... of kors;). Ale cała praca zaczyna się poniekąd od nowa. Obróbka pod wywołanie to nie tylko inny format, ale także inne filtry oraz inne ujęcia. Zdjęcia z notek ze stylizacjami w większości wypadają, bo dla babć, cioć i wujków to, jaką czapkę Franek ma na sobie ma znikome znaczenie;) Pojawiają się natomiast zdjęcia rodzinne, ze świąt, spotkań, wycieczek, odwiedzin czy zwykłych spacerów. Wiadomo .... w końcu to album rodzinny.

W tym roku podjęłam już pierwsze karkołomne próby zmierzenia się z czeluściami mojego twardego dysku. Ogrom zdjęć, które zrobiliśmy przez cały poprzedni rok trochę mnie przytłoczył. Wiedziałam, że proste wywołanie nie załatwi sprawy. Skończy się na 3 albumach z setkami zdjęć. Będą tylko zajmować miejsce i zbierać kurz, a my zajrzymy do nich może raz w nadchodzące święta. Ja pewnie przejrzę je w całości ... z sentymentu, babcie dojdą do połowy, a Tata Gałązka podda się po 3 stronie. Zupełnie bez sensu! 

Postanowiłam więc skończyć z typowymi opasłymi albumami i własnoręcznie przygotować fotoksiążkę. Ilość pracy podobna, ale lista plusów jest naprawdę długa:
1. Zacznijmy od tego, że dzisiejsze fotoksiążki to już nie te tandetne albumy sprzed kilku lat. Poza nazwą różni je prawie wszystko - papier, kompozycja, wykonanie. Oglądałam już kilka takich kreacji u przyjaciół i w paru przypadkach zwyczajnie odjęło mi mowę.
2. Wygoda - nie wymaga chyba komentarza. Fotoksiążki są mniejsze, cieńsze, lżejsze niż tradycyjne albumy. Odpada wkładanie zdjęć i ryzyko ich wyciągnięcia przez dzieci. Pergamin się nie zawija, nie gniecie, nie obrywa.
3. Wykonanie - nie ukrywam, że przygotowanie fotoksiążki jest pewnym wyzwaniem. Nie dla każdego. Ale na rynku znajdziecie mnóstwo firm, które z chęcią zrobią to za Was - szybciej i lepiej w dodatku. Jeśli decydujecie się na własnoręczne wykonanie, nie musicie pojąć tajemnej wiedzy obsługi photoshopa. Wiele firm lub punktów foto oferuje swoje własne proste programy z szablonami. Ja zamierzam skorzystać z programu photoscape (również szablony). 
4. Oszczędność - cena porządnej fotoksiążki zaczyna się juz od kilkudziesięciu złotych. W tej cenie dostaniemy zazwyczaj około 20 stron. Jeśli jednak planujemy przygotować pamiątkę z całego roku, te 20 stron to zdecydowanie za mało. Koszt dodatkowych stron podnosi cenę całości do ponad 100 złotych (lub nawet znacznie więcej). To sporo, ale jeśli zastanowimy się, ile wydalibyśmy na wywołanie zwykłych zdjęć przez cały rok, to ta suma już nie wydaje się taka duża. Musielibyśmy dokupić także album .... 

Na oszczędność można patrzeć także wielowymiarowo. Nie chodzi tylko o cenę albumu, ale także o ilość zdjęć, które w nim zamieścimy. Wiemy, ile mamy zdjęć, spośród których możemy wybierać, ale wiemy także ile mamy miejsca. Łatwiej wtedy wybrać te naprawdę najlepsze ujęcia. Nasz album nie będzie już zawierał dwudziestu zdjęć, które różni tylko pora roku w tle;)))) Łatwiej przyjąć jakąś koncepcję, łatwiej zdjęcia uporządkować (czy to tematycznie, czy chronologicznie). W rezultacie rosną szanse na to, że fotoksiążka stworzy spójną całość, do której z chęcią będziecie zaglądać nie tylko raz w roku. Przeglądając własne zdjęcia na bieżąco, zawsze mam problem z wyborem tych najlepszych ujęć. Wszystkie wydają mi się słodkie, wszystkie chciałabym mieć w albumie. Patrząc z perspektywy roku, zyskuję pewien dystans do zdjęć, dzięki czemu łatwiej przeprowadzić mi selekcję. 

Na dziś koniec już teoretyzowania;) Nie jestem żadną specjalistką w tym zakresie. Kieruję się wyłącznie własnymi doświadczeniami, rozsądkiem i kobiecą intuicją;))) Już wkrótce będzie mogli podziwiać efekty naszej pracy. Ale zanim to nastąpi jeszcze jedna krótka refleksja ...

Całe to moje amatorskie blogowanie wiąże się z jednym paradoksem. Odkąd aparat noszę ze sobą częściej niż portfel, Franek ma chyba z milion zdjęć ... na spacerze, w domu, podczas posiłku, z Babcią, Dziadkiem, jak wygląda przez okno, jak się bawi, jak bałagani, jak się kąpie, jak rysuje, jak pomaga mi w domowych pracach, .... mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Ale wiecie, o czym mówię! Bardzo rzadko jednak na zdjęciach jesteśmy wszyscy razem, lub choćby we dwójkę.... wszędzie tylko Franek ... sam! Na blogowe notki w sam raz, ale na rodzinną pamiątkę  nie bardzo. Powód jest prosty. Tata ciągle w pracy, a ja nie oszalałam jeszcze do tego stopnia, żeby non stop bawić się samowyzwalaczem. Nasza fotoksiążka 2013 będzie więc uboga w tym aspekcie. Mam jednak mocne postanowienie, że za rok, nie będę miała już tego problemu. Będziemy mieli więcej naszych wspólnych zdjęć! Ostatnio rozpoczęliśmy wcielanie tych planów w życie. Oto kilka ujęć z naszego weekendowego spaceru.

Co-my-tu-mamy:
czapka - Flawless
szal - TATUUM (własność mamy)
parka - NEXT
longsleeve - ZARA
spodnie - Marks&Spencer
buty - TKMAXX










12 stycznia 2014

It's a question of trust ...


Rozmawiałam ostatnio ze znajomym, który prowadzi bloga w imieniu jednej z firm. Blog z kategorii uroda i kosmetyki, choć mechanizm, który chcę Wam dzisiaj pokazać funkcjonuje niezależnie od tematyki. Owa firma, rzecz jasna, zajmuje się m. in. sprzedażą tych kosmetyków. Blog prowadzony jest naprawdę rzetelnie. Co najmniej 3 wpisy w tygodniu. Żadna grafomania, lecz porządnie i zrozumiale po polsku. Profesjonalne zdjęcia, rzadko na białym lub przypadkowym tle, ale zazwyczaj w formie, jak to lubię nazywać, "martwej natury", czyli entourage, który nadaje odpowiedni klimat i kieruje czytelnika ku myśli wiodącej notki. Widać, że ktoś włożył wysiłek w ich przygotowanie, zrobienie i zretuszowanie. Sama treść też nie budzi zastrzeżeń, a raczej zainteresowanie. Wpisy poruszają tematy mocno na czasie. Opisują ciekawostki. Rzetelnie przedstawiają zagadnienia teoretyczne. I wisienka na torcie: testy kosmetyków. Na potrzeby bloga kilka (!) testerek sprawdza działanie produktów i opisuje ich plusy i minusy (wszelakie ... począwszy od opakowania i zapachu, poprzez skuteczność, a kończąc na ogólnym wrażeniu). Poziom bloga ... zupełnie bez porównania (graficznie i merytorycznie) z trylionem innych blogów kosmetycznych, na których dziewczyny (choć spotkałam także męskie blogi kosmetyczne .... (sic!)), marząc o wielkiej sławie i występie w reklamie, opisują próbki (!), które dostały od różnych firm, do których wcześniej rozesłały zylion maili z propozycją współpracy. Niektóre firmy, naiwnie licząc na nagły wzrost obrotów, łapią haczyk. Efekt: na blogu pojawia się recenzja, w 99% przypadków pozytywna (bo jak można zjechać firmę, która coś wysłała w gratisie), okraszona zdjęciami z telefonu, ze znakiem graficznym w postaci dającego po oczach różówo-żarówiastego adresu www. Najlepiej jeszcze jak na zdjęciach pojawia się ręka autorki trzymająca dany produkt. Wtedy mamy dowód, że produkt na pewno testowała. Milczeniem pomijam poziom języka, podstawowe błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Ogólny zamysł bloga: testuję wszystko, co popadnie. Brak jakiegoś pomysłu na jego strukturę i tematykę. Jednym słowem: mydło i powidło. Ale .... pod mierną notką ... 30 komentarzy, liczne grono obserwatorów, rozbuchany fan page. Tymczasem, wspomniany wyżej blog firmowy, pomimo naprawdę pokaźnej liczby czytelników (statystyki raczej nie kłamią), nie zaskakuje licznym gronem fejsbukowych fanów i nie może się pochwalić dziesiątkami komentarzy. Moje pytanie: 'O co kaman?'

Ów znajomy szybko rozwiał moje wątpliwości. Blog jako firmowy budzi mniejsze zaufanie czytelników. Zaglądają, ale nie lajkują, nie komentują i z przymrużeniem oka czytają wszystkie peany na temat danego produktu. Traktują go raczej jak źródło informacji. Czytają tak jak onet czy codzienną prasę. W ich rozumieniu głównym celem firmy jest przecież sprzedaż produktów. To zatem oczywiste, że recenzje będą w większości pozytywne, a ich dobór nie jest przypadkowy, itp itd.

A ja się pytam, czym to się różni od zwykłej dziewczyny, która dostaje produkty w gratisie. Jeśli napisze negatywną opinię, to przecież więcej nic jej nie przyślą. Inne firmy też odmówią współpracy. Tylko, że w przypadku takiego osobistego bloga, to często kwestia wirtualnego życia i śmierci, a dla owej firmy, to wyłącznie jedna z form promocji siebie i swoich produktów. Jeśli opis produktu nie zostanie przygotowany rzetelnie, a na jego podstawie x klientek kupi produkt, a potem z przerażeniem będą patrzeć w lustro na swoje włosy bądź to, co z nich zostało, to nie dość, że więcej produktu nie kupią, ale z pewnością sam sklep będą omijać szerokim łukiem. Gdzie więc miejsce na brak rzetelności i stronniczość?

Nie zrozumcie mnie źle. Nie potępiam nikogo, a zwłaszcza tego miliona dziewczyn, które prowadzą swoje małe urodowe blogi. To ich pomysł, ich decyzja, ich wizja i w końcu ich blogi. Przecież nikt nie każe mi na nie zaglądać. Zastanawiał mnie raczej sam mechanizm opisany powyżej i ten brak zaufania do firmowego bloga. Moje myśli powędrowały od razu do mojego gałązkowego wirtualnego kąta. Czy czeka mnie to samo? Czy czytelnicy przestaną zaglądać? Czy uwierzą w nasze historie? Czy zainteresują się stylizacjami? A może pomyślą: "No tak, ma teraz sklep, to pewnie będzie promowała to, co ma w ofercie" .... Strach mnie wprawdzie nie obleciał, ale zrobiło mi się trochę smutno na myśl o tym, że blog mógłby budzić takie negatywne emocje. I choć od samego początku miał być i nadal pozostaje formą pamiątki, zapisu dzieciństwa Gałązeczki, to w zamyśle chciałam również uczynić go źródłem inspiracji dla innych. Nie tylko modowych, choć to u nas przeważa. Także wnętrzarskich, zabawkowo-edukacyjnych, wycieczkowych. Pomysłów na wpisy nigdy mi nie brakuje, ale czas działa zawsze na moją niekorzyść. Stąd nie jestem w stanie pokazać wszystkiego, co siedzi mi w głowie. Obiecuję sobie od dawna, że pokażę Wam naszą biblioteczkę, nasz (ciągle niedokończony) dom, że pokażę, gdzie jeździmy w wolnym czasie, co jemy, itp itd. Mam nadzieję, że ten rok pozwoli mi w końcu na poruszenie tych wszystkich tematów.

Nic jednak nie zmieni faktu, że blog pozostanie związany ze sklepem i showroomem. Dlatego będą pojawiać się na nim wpisy dotyczące bieżących kolekcji, promocji, wyprzedaży, ciekawych eventów, które planuję. Będą, bo to wszystko to również część gałązkowego świata. Nie traktujcie ich proszę jak czystej reklamy. Chciałabym raczej, żeby były dla Was inspiracją! Wszystko bowiem co pokazuję i co oferuję w showroomie i sklepie online jest takie jak ja. Taką estetykę kupuję całkowicie. Z kolekcji wybieram to, co jakoś chwyta mnie ze serce, co sama chciałabym nosić lub założyć Gałązeczce, co wiem, że się spodoba innym. I choć jestem trochę jak ten blog firmowy z przytoczonej wyżej historii, to przecież wiem, że naciąganie innych na zakup na przykład czegoś, na czym zarabiam najwięcej byłoby bardzo krótkowzroczne. Taki brak szczerości wobec Was wróciłby do mnie jak bumerang, kosząc po drodze wszystko, co dla mnie ważne ... wiarygodność mojego bloga, Wasze zainteresowanie, zostawione w pośpiechu miłe słowo i sklep, z którym przecież wiążę swoją przyszłość. Zbyt dużo na tej szali, by podjąć takie ryzyko.

I na koniec, tak żeby moje słowa nie wydały się Wam tylko czczym gadaniem, przedstawiam Wam stylizację w 100% sieciówkową. Żadnej z tych rzeczy nie znajdziecie w sklepie ani w showroomie, ani teraz ani .... no chyba, że dogadam się z ZARĄ i H&M. Wtedy jednak z pewnością nie będę miała czasu na pisanie bloga;)

Sieciówkowa stylizacja Gałązeczki od stóp do głów:
dresowe spodnie - H&M ( uwielbiam ich mleczny melanż, tylko u nich widziałach taki odcień tkaniny!)
sweter i jeansowa koszula - KappAhl
szal - mamy (TATUUM)
czapka i buty - wyprzedaże w ZARZE










Głęboko wierzę, że prawdziwy sukces można odnieść tylko zostając blisko siebie, tego, co prawdziwe i szczere. Obym mogła tego doświadczyć! I taki paragon mi się kiedyś marzy .... (ten na zdjęciu oczywiści nabity przez Gałązeczkę;)))