1 września 2014

Pod prąd


Gdy żyjesz w dużym mieście, wtapiasz się w tłum. Wszędzie jesteś jego częścią ... maszerując parkową alejką, stojąc w sklepowej kolejce czy czekając na przystanku. W ulicznym tłoku giniesz jak kropla w rwącym potoku. Ten tłum porywa większość z nas i niesie w kierunku, którego wcale nie wybraliśmy. I nawet jeśli chcesz się wyrwać, jeśli wybierasz inną drogę, to w miejskim zgiełku nikt nie słyszy Twojego krzyku.  

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że trudno być indywidualnością i zachować swoje prawdziwe "ja", żyjąc w wielkim mieście. Nie jest to niemożliwe, lecz wymaga wiele wytrwałości i odwagi, by iść pod prąd (lub nawet z prądem, ale świadomie). Po pierwsze, gdy żyjąc w tak dużej grupie ludzi (celowo nie piszę o wspólnocie, bo to zakłada jakiś głębszy wspólny mianownik, jakąś więź, a mieszkanie w jednym miejscu to zdecydowanie za mało) próbujesz iść własną ścieżką, nikt tego nie zauważa. Giniesz w tym tłumie. Wyglądasz, jakbyś za nim podążał, choć w głębi duszy dana droga to twój świadomy wybór. Tak myślisz na początku, a po jakimś czasie już sam nie jesteś pewien, czy to ty tę drogę wybrałeś, czy poniósł Cię tłum. Po drugie, gdy otacza Cię tylu ludzi, siłą rzeczy przejmujesz od nich wiele. Obserwujesz świat dookoła i podświadomie sam dostosowujesz się do niego. A potem się zastanawiasz, czy naprawdę podoba Ci się ten szary kolor ścian, czy może kupiłeś taką farbę, bo połowa Twoich znajomych lub sąsiadów tak ma. Im  słabszy masz charakter i im mniej pewności siebie, tym takich rozterek w życiu masz więcej.

Takie myśli nachodzą mnie dość często. W zasadzie prawie zawsze, gdy muszę dokonać jakiś wyborów. Od tych najbardziej prozaicznych, jak wybór koloru ścian do tych życiowych, jak to, czy wszystko ze mną ok, jeśli nie rozpaczam, odprowadzając mojego syna do przedszkola. Ciągle we wszystkim szukam mojego prawdziwego "ja". A będąc bombardowaną z każdej strony milionem przykładów, wzorów, rozwiązań, naprawdę trudno usłyszeć to jedno, właściwe, które wypływa gdzieś z głębi naszej duszy. 

I choć to trudne zadanie, to zawsze, gdy dokonam wyboru zgodnego z własnymi przekonaniami, po czasie widzę, że to był najlepszy, możliwy wybór. Decyzja, której nie chce zmieniać, z którą czuję się dobrze. Dlatego w życiu staram się zawsze iść własną drogą, co w większości przypadków oznacza brnięcie pod prąd, na przekór temu tłumowi i wbrew zdziwionym lub drwiącym spojrzeniom innych. 

Drogę pod prąd wybieram w każdej dziedzinie życia.... dziś pewnie jako jedna z niewielu nie piszę o pierwszych przedszkolnych rozstaniach, nie wrzucam zdjęć przedszkolnego worka ani pustego pokoiku. Bo to nie jest moje prawdziwe "ja". Choć tęsknie, to po policzkach nie płyną mi łzy, a ja nie siedzę bezczynnie, gapiąc się na zegarek i odliczając czas do powrotu. Ogromnie cieszy mnie, że mojego syna czeka wielka przygoda i nowe doświadczenia. Z uśmiechem na twarzy patrzę jak opowiada o urywkach przedszkolnej rzeczywistości (na razie tylko te urywki jest w stanie zapamiętać na dłużej;), jak przytacza pojedyncze zdania, fragmenty sytuacji. Cieszą mnie jego emocje.... wszystkie. Od radości po niepewność i strach (sic!). Jestem przy nim blisko, dużo przytulam i staram się, by nie stracił poczucia bezpieczeństwa, które buduję w nim od ponad 2 lat. Wiem jednak, że musi przeżyć to wszystko, by się rozwijać, by poznać samego siebie i świat. Rozmawiam z nim na tyle, na ile rozmowę może pojąć dwulatek. Mój spokój i pewność siebie w tym względzie przynosi już pierwsze rezultaty. Pierwszego dnia adaptacji Franek na rękach siedział mi już w drzwiach naszego domu. Dziś, po kilku dniach, sam maszeruje całą drogę, z dumą pokazuje mi, gdzie jest jego szatnia i wieszaczek i już w przedszkolnych drzwiach nasłuchuje, czy dzieci są w sali, czy na podwórku. "O, mamciu, słysę, są tam". A ja na to patrzę z dumą i rozczuleniem. Nie potrafię wykrzesić z siebie łez. 

Mam nadzieję, że takiego podejścia nauczę też Franka. Że będzie miał odwagę i wytrwałość, by iść pod prąd, przebić się przez ścianę krzyków innych i usłyszeć swój własny głos. Że nie zwątpi w siebie, gdy inni będą z niego drwić. Wiem, że tylko w ten sposób odnajdzie swoją własną drogę do spełnienia. Wiem też, że na tej drodze musi poznać cały wachlarz emocji. Od radości, po smutki i strach, że musi się wiele razy potknąć i pomylić.

Miej odwagę popełniać błędy. Rozczarowania, porażki, zwątpienie to narzędzia, którymi posługuje się Bóg, by wskazać nam właściwą drogę. 
(P. Coelho)

Z takim przesłaniem Was dzisiaj zostawiam. Aaa .. i jeszcze z porcją ostatnich zdjęć, na których pierwsze próby wyboru własnej drogi - na razie tej dosłownej, przez krzaki, po murach. Ale od czegoś trzeba zacząć ...:)
















Franek
koszulka i legginsy - ZARA (piękna indiańska kolekcja!)
kamizelka - nosweet
buty - Chipie

2 komentarze:

  1. Przepiekny wpis Droga Galazko!! <3
    Czasami do tego musimy tylko dodac charakter dziecka bo jedno to starac sie samemu budowac poczucie pewnosci siebie, bezpieczenstwa, a czasami taki a nie inny charakter blokuje dziecko, czy pomimo naszych rozmow, dziecko albo jest wycofane badz znowu rozrabiaka i prowodyrem pewnych zachowan. Wazne to co napisalas, aby podejmowac decyzje zgodne z soba i swoimi przekonaniami..caly czas sie tego ucze! ;) buziaki dla Przedszkolaka :-*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ola, świetny tekst, mądry i prawdziwy, ja czuję dokładnie tak samo. Nie rozpaczam, a jedynie się rozczulam i głęboko oddycham, ale nie z nerwów, tylko ze szczęścia, że wreszcie mam te pięć minut dla siebie.
    Franek pięknie dorasta, dojrzewa? dziwnie to brzmi wypowiadane w kontekście dziecka, ale jest coraz cudniejszy, loki i minki po prostu mnie rozkładają.

    OdpowiedzUsuń