12 sierpnia 2013

On the beach


Obiecane fotki z plażingu i smażingu Gałązeczek. Zanim jednak zaczniecie scrollować, kilka słów wyjaśnienia:

... żadne, nawet najcieplejsze i najbardziej egzotyczne morze czy plaża nie może się równać z naszym Bałtykiem (no może poza temperaturą). Plaże uwielbiamy w każdej postaci, ale ten bielutki i drobniutki piasek znajdziemy tylko w Polsce.... za tym tęsknimy...

.... zdjęcie psuje niestety obecność "smoka".... wiem i trochę nad tym ubolewam, ale Gałązeczka po prostu kocha swojego dydka i oddać nie chce....faza odsmoczania zatem przed nami, co by te zdjęcia wychodziły lepiej....;)

... plażę najbardziej lubię wieczorem.... wiem, wiem, może trochę dziwna jestem;) Ale to światło zachodzącego słońca nie da się porównać z niczym innym, jest ciepłe, otula, a zdjęcia wychodza wyjątkowo....

... święcie wierzę, że reportaż powinien być krótszy, żeby widz się nie znudził w trakcie. Uwierzcie mi. Starałam się, jak tylko mogłam. Ale nie potrafię już bardziej okroić naszych plażowych zdjęć. Każde jest dla mnie wyjątkowe, każde to jakiś moment, mina, wspomnienie. Dlatego wybaczcie, ale pomęczycie się, bo przed Wami ... 45 zdjęć!!

No to po krótkim komentarzu, choć trochę bez ładu i składu, ale to w końcu fotorelacja... 













































Na zdjęciach:
szary top i pomarańczowe shorty w żuki - nosweet (TU)
granatowe spodenki i czapeczka w gwiazdki - NEXT (TU)
top w papugi - Mini Rodini  (TU)
koszulka z wąsami - KappAhl
czerwono-białe hawajskie kąpielówki - CUBUS
 

11 sierpnia 2013

Child on board




Jesteśmy z powrotem! Bijemy się w pierś, kajamy za naszą (najdłuższą jak dotąd) nieobecność, ale przypadki różne sprawiły, że ... a to internetu brak, a to upał tak potworny, że nawet myśli nasze siedziały tylko w basenie, a to w podróży... i tak tydzień minął jak mgnienie oka. 

To były nasze długo wyczekiwane wakacje... pierwsze od narodzin Gałązeczki (nie licząc kilku jedno lub dwudniowych wyjazdów). I z pewnością będą to wakacje niezapomniane.... nie tylko dlatego, że pierwsze....

Już przed wyjazdem uwijaliśmy się jak w ukropie, żeby z wszystkim zdążyć na czas. Obowiązków mamy teraz trochę więcej niż zazwyczaj. O nowych gałązkowych projektach juz wkrótce...oj, będzie się działo.... Uchylę tylko tyci tyci rąbka tajemnicy i powiem, że przed nami przeprowadzka, a Mama Gałązka .... wraca do pracy...gdzie i do jakiej .... stay tuned;) To przedurlopowe zamieszanie zazwyczaj mija, gdy człowiek siada wreszcie w samolocie, spogląda przez okno na płytę lotniska i patrzy na odlatujące maszyny. Myśli wtedy wreszcie zwalniają. Parę chwil mija na zastanawianiu się, czego się zapomniało i czy to naprawdę będzie niezbędne. Potem jeszcze krótka zdrowaśka, żeby walizka doleciała ... i można zmrużyć oczy. Już wtedy jest się bowiem na wakacjach, niezależnie od dystansu, który jeszcze przed nami. 

Tak zazwyczaj rozpoczynają wakacje przeciętni turyści! Ale nie my! U nas zamieszanie nie kończy się w momencie zapięcia pasów w samolocie. Mama Gałązka, co latać bardzo nie lubi, stresuje się do momentu, aż samolot dotknie płyty lotniska docelowego. Usilnie próbuje zatem zasnąć zanim stewardessy skończą wymachiwać pasami i maskami, pokazywać wyjścia...wiem, wiem, powinnam na to wszystko patrzeć i zapamiętywać, bo jakby co, to przecież się przyda....ale jakoś nie mogę...zamiast tego walczę wytrwale, by do głowy napływać nie zaczęły myśli głupie. 

Ale od początku....pech i kłopoty towarzyszyły nam od wejścia na lotnisko. 

Check-in
O dziwo sporo przed czasem, idziemy się odprawić. Zrelaksowani ... do momentu, w którym ujrzeliśmy TĘ kolejkę. Zawijała się chyba z trylion razy, a i tak ostatni podróżni stali juz prawie w wejściu do hali. Ha! My przecież byliśmy z małym dzieckiem, więc ochoczo mijając kłebiące się tłumy, z lekko drwiącymi uśmiechami udaliśmy się do kolejki dla „uprzywilejowanych”, czyli rodzin z dziećmy, osób starszych itp. Bosko! Przed nami może z 4 rodziny. Stoimy. 5 minut ... 10 minut ....15 minut....jedna rodzina odprawiona. No cóż...pewnie byli upierdliwi, może z dokumentami coś nie tak, może za dużo bagażu mieli... teraz pójdzie szybciej. Kolejne 15 minut, a my wciąż wydeptywaliśmy ślady na tej samej płytce. Gałązeczka zaczęła się już trochę niecierpliwić. I tak czekalismy w tej super specjalnej i krótkiej kolejce całe super krótkie 55 minut! W tym czasie kłębiące się obok tłumy zniknęły. I jeszcze polski akcent (a jak!)... bo musieliśmy przełożyć kilka rzeczy z jednej za ciężkiej walizki do drugiej....w tym czasie sprytna polska rodzinka stojąca w kolejce za nami zdążyła nas obejść i przywarła do stanowiska odpraw....byle tylko nie dać się wypchnąć....prawie za rękę trzymali panią z obsługi, której tempo pracy tak głośno komentowali jeszcze chwilę wcześniej....żenada.  

Lotnisko
Odprawieni, choć nadal obładowani (pakowanie na ostatni moment kończy się u nas zazwyczaj bagażem podręcznym w ilości .... sztuk 5 + wózek...no comments;) przeszliśmy kontrolę paszportową i to skanowanie bagażu. W całym zamieszaniu związanym z ilością bagażu, w pośpiechu i stresie po przedłużającej się odprawie i w emocjach (w końcu to pierwsza podróż Gałązeczki! I jak on zniesie lot ...) Mama Gałązka zgubiła paszporty z biletami ...  Zaczęło się paniczne przeszukiwanie wszystkich toreb. Tata Gałązka, już w podłym nastroju, wrócił jeszcze szukać dokumentów przy stanowisku do skanowania. Nic. W końcu się znalazły... w czeluściach jednej z toreb, choć dam sobie rękę uciąć, że zaglądałam do niej dwa razy i wtedy niczego tam nie było. Głęboki oddech i idziemy dalej... Mama i Tata Gałązka już prawie pokłóceni....wsiadamy do samolotu. 

Lot
Było naprawdę idealnie .... chociaż w tej kwestii. Gałązeczka, po standardowym badaniu nowego otoczenia, zasnęła w ramionach Mamy i przespała cały lot. I Mama Gałązka zmrużyła na chwile oczy....na tę właściwą chwilę, bo nad lotniskiem krążyliśmy ponad 20 minut.... nie mogliśmy wylądować przez burzę z piorunami! Nie rozwijam tematu, bo nadal mam ciarki na skórze...

Londyn
Choć wakacje planowaliśmy spędzić na włoskiej plaży, to w podróży najpierw dolecieliśmy do Londynu. Tata Gałązka miał parę spraw zawodowych. Mama Gałązka zresztą też ....:) Więc całkiem w naszym stylu, zaczęła się walka z czasem... przejechanie przez Londyn w godzinach szczytu to prawdziwa katorga. Więc w ciągłym niedoczasie, cały dzień spędziliśmy w samochodzie. Gałązeczka trzymała się dzielnie, choć ostro go przeciągneliśmy. Wszystkie spotkania odhaczone .... udajemy się do hotelu. Z zewnątrz wyglądał bardzo uroczo. W małej kamienicy, z niebieskimi okiennicami, ... a wewnątrz...igły nie dałoby się wcisnąć. Wszystko, łącznie z klatką schodową zmniejszone jakby dwa razy. Z Frankiem na rękach poruszałam się bokiem. Nasz pokój (a właściwie pokoik)  był chyba mniejszy niż nasza domowa łazienka. Mieściło się w nim tylko łóżko! Więc jak wtarabaniliśmy się do środka z naszymi bagażami i wózkiem, to ruszyć się nie dało zupełnie. Walizki zatarasowały drzwi, a powietrza zaczęło nam brakować po jakiś 10 sekundach. Zmiana pieluszki zostawiała po sobie „ślad” przez kolejną godzinę. Do tego nieotwierające się okno i potworna duchota. Z radością rano opuszczaliśmy tę klitkę. Radość trwała jednak krótko.... tylko do czasu, aż się zorientowaliśmy, że dostaliśmy mandat za parkowanie (w zmęczeniu nie doczytaliśmy, że w soboty też się płaci...).  

Londyn wylot
Myślałam (naiwnie!!), że pech musi nas w końcu opuścić. Wyczerpaliśmy zdecydowanie więcej niż „przydział”. W tej błogiej nadziei żyliśmy do momentu odpalenia nawigacji, która pokazała, że na lotnisko mamy jakieś 30 mil, co zajmie nam 1,5 h. Była godzina 11:10 rano, a o 12:55 zamykał się check-in (lot 13:30). Cień szansy jeszcze był, więc ruszyliśmy. Ale szybko okazało się, że płonne te nasze nadzieje. Wprawdzie dojechaliśmy o 12:47, ale poddaliśmy się ... musieliśmy jeszcze zatankowac i oddać samochód, znaleźć halę odlotów na nieznanym lotnisku... z bagażami i Gałązeczką to było ponad nasze juz mocno zszargane nerwy! A więc stało się ... pierwszy raz spóźniliśmy się na samolot. Pomijam kwestie finansowe, bo drugi lot kosztował nas prawie tyle, co całe wakacje. Ale przed nami sporo jeszcze adminu....na lotnisku musieliśmy znaleźć drugi lot, kupić bilety przez internet, potem jeszcze tankowanie i oddanie samochodu (oczywiście zabuliliśmy za kolejną dobę wynajmu). Po odprawie byliśmy juz prawie spokojni, że najgorsze za nami... emocje opadły, a wraz z nimi odeszło ryzyko rozwodu;) Tata Gałązka z pękającą z bólu głową ledwo stał i ostatkiem sił patrzył na tablicę odlotów....a tam ciągle Verona boarding – please wait. Czekaliśmy wciąż na informację o numerze gate’u. W końcu komunikat się pojawił....ale nie taki, na który czekaliśmy....”Gate closed”. Na skraju załamania rzuciliśmy się pędem w kierunku wskazanego numeru. Byliśmy juz odprawieni, więc w zasadzie nie mogli tak po prostu bez nas odlecieć. Biegliśmy chyba przez 10 min.... Tata Gałązka próbował nie poprzejeżdzać wózkiem innych podróżujących, a Mama Gałązka wytrzęsła Gałązeczkę za wszystkie czasy. Z nami biegli też inni... to nas trochę pocieszyło, że nie tylko my zostaliśmy zaskoczeni. Okazało się, że to pomyłka lotniska. Gate wcale jeszcze nie otwarty. Pani z obsługi nieźle się oberwało od innych pasażerów...szczególnie od dziadka, który też biegł, a jak dobiegł, to tylko modliłam się, żeby zawału nie dostał. Pot lał się z niego ciurkiem, a krew napłynęła do twarzy. W oczekiwaniu na boarding Tata Gałazka zadzwonił tylko do wypożyczalni w Weronie, żeby upewnić się, że zarezerwowany samochód na nas czeka.... Pan na drugim końcu linii oświadczył, że żadnej rezerwacji nie ma i że mają tylko jeden wolny samochód...Fiat Panda. Pewnie normalnie ogarnęłaby nas złość, ale w tamtym momencie było nam juz wszystko jedno.... Mama Gałązka cieszyła się, że przecież Fiat Panda też ma 4 koła i kierownicę i jeździ....co za różnica.... ważne, że był.

Włochy
W samolocie nie mogłam juz zasnąć. Natłok emocji sprawił, że wyciszenie przyszło z wielkim trudem. Spokojna, jak nigdy podczas lotu, patrzyłam tylko na ziemię. Niebo było bezchmurne, więc w pierwszej i ostatniej fazie lotu wszystko widać było jak na dłoni. Kanał la Manche, pierwsze francuskie miasteczka, potem zaśnieżone szczyty Alp i w końcu morze. Gdy lecieliśmy nad chmurami, zobaczyłam tęczę. Nie byłam nigdy asem z fizyki, więc nie wiem, jak to z tą tęczą nad chmurami, ale widziałam, była piękna....Pomyślałam wtedy, że to znak! Znak przymierza. Że pech nas w końcu opuścił. Że pod górkę już nie będzie. Że w końcu zaczęły się nasze wakacje. 

PS. Ta tęcza rzeczywiście oznaczała koniec kłopotów. Pozostałe dni były już spokojne. Trochę podróżowaliśmy, ale głównie odpoczywaliśmy nad brzegiem morza (i na basenie), zajadaliśmy się pizzą i włoskimi lodami;) Teraz wracam myślami do każdej chwili, porządkuje wszystko w głowie i robię rachunek sumienia, by kolejne wakacje były lepiej zorganizowane. O tak! Nad organizacją musimy jeszcze popracować. Wakacje z maluchem to już zupełnie inna bajka:)

PS2.  A nauczeni doświadczeniem, na powrotny lot do Polski przyjechaliśmy z 2-godzinnym zapasem;) 

Zdjęcia z plażingu dodam w oddzielnej notce. 


W podróży

W najmniejszym pokoju hotelowym świata;)

Thirsty...


Liczę, czy stać mnie na wakacje...






Francesco...:)

Beach boy





Zamawiam pizzę

1 sierpnia 2013

Palcem po mapie


No to jedziemy.... choć wakacje wisiały na włosku. Już czuję grzęski piasek pod stopami i ciepło słońce na skórze. Przed Gałązeczką też pierwszy lot samolotem. Oj, będzie się działo. Póki co siedzę i powtarzam jak mantrę ... KEEP CALM AND GO FOR HOLIDAYS!

A na zdjęciach Gałązeczka wybierająca wakacyjną lokalizację.... chybo go trochę poniosło, bo w pewnej chwili pokazał paluszkiem Arktykę.... brrrr....;)