Sobota minęła nam pod hasłem „Swap mnie”. Że co, proszę...? A,
no już wyjaśniam! Pod tą dość enigmatyczną nazwą kryje się bowiem naprawdę ciekawa inicjatywa.
Każdy z nas chyba, na jakimś etapie życia, czuje się
przytłoczony ogromem rzeczy, których już nie potrzebuje, na które brak już w
domu miejsca i wyłażą już same z szafy, która i tak zdaje się nie mieć dna.
Oj... nie znam nikogo, kto nie borykałby się z problemem „za małej szafy”, a
już na pewno nie znam takiej kobiety, bo o matkach to po prostu nie
wspominam...oczywista oczywistość, rzec by można:) Ja w tej kwestii nie
wyróżniam się z tłumu! Nasza gałązkowa garderoba pęka w szwach! Szafa w
przedpokoju ledwo się domyka. Po mieszkaniu poupychałam kosze, w których zimują
najróżniaste rzeczy, począwszy od poduszek i pościeli, po świece, dekoracje
świąteczne, a kończąc na książkach! Co roku robię generalne porządki. Wystawiam
wtedy kilka porządnych worów zapomnianych już całkiem bibelotów, starych
ciuchów czy gazet. Ale i tak światełka w
tunelu brak, bo te wszystkie rzeczy chyba normalnie się u nas rozmnażają...i to
zupełnie w niekontrolowany sposób!
I tak pewnego lutowego wieczoru, uciekając wzrokiem od tego
domowego rozgardiaszu, trafiłam na FB na stronę Swap mnie. Szybki rzut okiem i
sprawa jasna! Swap mnie to cały cykl spotkań, podczas których można się po
prostu powymieniać rzeczami. TYMI rzeczami, z którymi nie wiadomo, co robić...
bo żal wyrzucić, bo nie wiadomo komu oddać, bo jak oddać, to trzeba poszukać
kogoś, kto potrzebuje....i w końcu najłatwiej nic nie zmieniać i pozwolić TYM
rzeczom dalej żyć własnym życiem w zakamarkach naszych domów. A barter ..... to pomysł stary jak świat!
Do tego spotkania marcowe to wymiana ciuszków dziecięcych, więc niby powinno
być w moim polu zainteresowań. Muszę jednak przyznać, że nie byłam na początku
przekonana do końca, czy to coś dla mnie. Lumpeksowe kosze ciuchów czy
wyprzedażowe sterty przecenionych rzeczy zawsze wywoływały we mnie
dreszcze....i to nie dreszcze podniecenia, ale raczej te prawdziwe chorobowe, czy
dreszcze przerażenia, po których jedyne słowa, które cisnęły mi się na usta to
RATUNKU!! JA CHCĘ DO DOMU!! Nigdy nie byłam też dobra w te wyprzedażowe
wyszukiwanie perełek. Zazwyczaj pogrzebałam, pogrzebałam i coś tam upolowałam,
ale kupowałam głównie dlatego, że cena zachęcała. A ile razy kupowałam coś, czego nie założyłam ani razu! No więc, jak sobie
pomyślałam, że Swap mnie to tylko kolejna okazja do przerzucania stert
fatałaszków, to się poddałam...prawie! Bo przyszła sobota, to słonko tak
pięknie zaświeciło, że trzeba było coś z tym dniem zrobić. Wzięłam więc
Gałązeczkę pod pachę i pojechałam! A co mi tam!! I się lekko zdziwiłam...
....bo Swap mnie całkiem mnie porwało! Przerzucanie fatałaszków
nie było takie straszne (nawet z Gałązeczką na rękach!). Nasze bodziaki
rozeszły się jak świeże bułeczki. Ale nie wyszliśmy pokrzywdzeni;) Upolowałam
kilka całkiem fajnych ciuszków. Kilka będzie wymagało lekkiego liftingu, ale
mam juz sporo pomysłów! Nic tylko zabrać się do działania! ..... A działania będzie wymagała też jeszcze inna kwestia, bo upolowałam dwie prawdziwe perełki .... cudne, 200% mojego stylu, wyczucia smaku i estetyki, klasyki ZARY.... tylko, że dla dziewczynki! Biję się w pierś, że może czyjąś córeczkę pozbawiłam szansy na założenie tych cudeniek, ale zakochałam się od pierwszego wejrzenia, no i nie było wyjścia! A ze mną już tak jest...jak coś upatrzę, to przebacz nie ma, chodzę, kręcę się wokół, myśleć nie mogę przestać! Więc dla własnej równowagi psychicznej wzięłam;) Legginsy i balerinki czekają zatem na swoją przyszłą właścicielkę...a jeśli taka się nie trafi, to cóż....oddam w inne dobre ręce, albo na kolejnym Swap mnie!
Do tego ta „dzieciowa” atmosfera. Wszędzie gwar
maluchów i czytanych im bajek, zapach kawy, taki lekki zakupowy zamęt (oj tak
tak....dało się też wyczuć to kobiece podekscytowanie odczuwane na widok
ubrań!;)....klimat prawdziwie maminy:) Wpadłam przypadkiem na znajome twarze,
poznałam kilka nowych...naprawdę same plusy!
Gałązeczka w kąciku Malucha...
Zdjęć z samego eventu mam dosłownie kilka, ale uwierzcie, nie
było czasu na robienie i brakowało rąk... i tak z Gałązeczką, dwiema torbami,
aparatem i nowymi łupami wyglądałam jak objuczony osioł!
I już tak na koniec, ale taka refleksja mnie naszła po dzisiejszym dniu...., że dobrze jest tak po prostu czasem gdzieś wyjść i tym światem na zewnątrz się trochę nacieszyć! Może dla niektórych to banalne, ale moje "przed-Gałązeczkowe" życie było właśnie takie mało na ten świat otwarte. Ciągle tylko w pośpiechu między pracą a domem, ze wzrokiem wpatrzonym w ekran komputera, w zmęczeniu, zabieganiu... na marzeniach o ciepłej kapieli i miękkiej pościeli właśnie się kończyło. Zawsze sił i czasu było brak albo szkoda! I dziekuję losowi, że mam Gałązeczkę, bo stała się prawdziwą motywacją, żeby tego świata nie omijać szerokim łukiem.
We wzorach moro Gałązeczka będzie całkiem "stajlisz" tej wiosny;)
Nasz ukochany GAP .... w wersji jeszcze za dużej, ale juz oczami wyobraźni widzę Gałązeczkę w tej bluzie, dżinsiorach i traperkach na spacerze w parku:)
I nasza Mothercare'owa zdobycz....wymagająca największego liftingu, ale dobrze się zapowiadająca:)
I już na prawdziwy koniec końców mała zapowiedź kolejnego posta. Stoisko z książkami na Swap mnie całkiem mnie wciągnęło. Już od jakiegoś czasu szukam pięknych i ciekawych książeczek dla naszej Gałązeczki. Kompletowanie biblioteczki idzie jednak bardzo powoli, bo większość rynkowych propozycji to nic więcej jak wywołujące oczopląs kolory, treść bez większego przesłania w tych samych banalnych ramach. Trzeba się sporo naszukać, żeby trafić na księgarnianą perełkę...., która jeszcze nadaje się dla tych najmłodszych czytelników. Nam się dzisiaj udało. Czytajcie nas wkrótce!















Aaa i jeszcze dodam tak na marginesie....biało-szara bluza w paski, którą Gałązeczka ma na sobie to ZARA, zapowiedź wiosennej kolekcji w naszej szafie!
OdpowiedzUsuń