10 czerwca 2013

Hushhhhhh…


No to notka:) Z jednodniowym opóźnieniem, ale wierzcie mi... siły wszelakie opuściły mnie po powrocie do domu....Hush mnie wykończył kompletnie, padłam i wstać nie mogłam do rana, a pewnie, gdyby nie Gałązeczka, to nie wstałabym do popołudnia. Łogólnie męcąco było....

Tyle myśli nasuwa mi się teraz, że postanowiłam je jakoś pogrupować, żeby się odnaleźć w całej naszej relacji, choć pewnie lektura Was czeka solidna:) Będzie tak ..... o Hushu jako imprezie (organizacji), o wystawcach i o nas trochę na koniec. 

Zacznę od środka ... a co...:)

Wystawcy

Dzięcięca blogosfera huczy już od zachwytów nad wszystkimi pięknymi rzeczami, które można było na Hushu zobaczyć. Nie tylko o ciuchowe perełki chodzi, lecz także o elementy wyposażenia wnętrz, zabawki, książki .... cały dziecięcy „must have”. My również widzieliśmy wiele prawdziwych cudeniek, od których oczy trudno było oderwać, czasem i ręce, a czasem i rąk nie oderwaliśmy.... i zabraliśmy je ze sobą... wszystko wkrótce pokażemy:)

Większość marek była nam już znana, choć oglądanie wszystkiego w „realu” to zupełnie inna bajka. I tak niezmiennie pozostajemy zakochani w twórczości Riska czy Kids on the moon. O dziwo, do tych stanowisk nie doszliśmy, a w zasadzie nie dopchaliśmy się. Nie było jak. Ale o tym za chwilę. 

Za to zawiesiliśmy oko na ....

Nosweet
Wiedzieliśmy, czego mamy się spodziewać odnośnie designu i jakości ubranek, bo mamy i testujemy! Nie spodziewaliśmy się jednak tak miłego podejścia. Mimo napływającego zewsząd tłumu, każdy (naprawdę każdy) mógł liczyć na chwilę uwagi (ale bez nerwowego spoglądania na kłębiących się potencjalnych kupujących). To miłe....i powiem, że w zasadzie tylko tam spotkałam się z takim „proklienckim” podejściem. Chociaż Gałązeczka jeszcze poza rozmiarówką, to z pewnością nasza sympatia do tej marki (i jej twórczyń) nie zmaleje... marzymy jeszcze o szortach... marzyliśmy o szarych, ale okazało się, że w ilości limited rozeszły się jak ciepłe bułeczki....zupełnie się nie dziwię:)

Pola & Frank
No po prostu mój klimat....prosty design, pastelowe barwy, unikatowe tkaniny i ten mały romantyczny pazur ... w wersji mini i maxi.... choć głównie dla płci pięknej i nad tym bardzo ubolewamy. W planach ... na spokojnie przyjrzeć się dokładniej ich kolekcji...na Hushu słowo „spokojnie” nie istniało;)

Radosna fabryka, Moimili
Trochę z innej beczki, ale ich dekoracje urzekły mnie już bardzo dawno. Na Hushu napatrzyłam się (i odtąd chrapkę mam;) na tipi. W realu 100 razy fajniejsze. Może i bym się nawet skusiła, ale pakunek spory, więc zostawię tę przyjemność jakiemuś kurierowi:) Ale co się napatrzyliśmy to nasze .... zawieszki, korony, poduszki....śliczne!





Lamps&Co
To moja niespełniona (na razie:) miłość! Lampy są naprawdę piękne....nam się marzy TA. Jesli tylko Gałązeczka podrośnie i będziemy zmieniać łóżeczko na „doroślejsze”, to z pewnością stanie na nocnym stoliku. Teraz jak nad tym myślę, to dochodzę do wniosku, że to najładniejsze lampy dziecięce, jakie widziałam. Połączenie barw jest idealne, rysunki przenoszą do świata dziecięcych marzeń .... taki hołd dla dziecięcej fantazji, delikatności i radości dziecięcego świata. Oficjalnie lampy zajmują miejsce na naszym TOP10 THINGS WE WANT:)





Te wszystkie cudeńka już jednak znaliśmy, głównie z internetu, facebooka, innych blogów. Ale odkryliśmy także parę zupełnie nowych (dla nas) i bardzo zachwycających kreacji...

Grain de chic
Połączenie francuskiego szyku z nutką romantyzmu.... bardzo dziewczęce kwiatowe wzory i kroje. Przemówiły do mojej lekko romantycznej i sentymentalnej duszy. Tu podobnie, ubolewamy nad brakiem linii dla chłopców. 




Bunny White
Kojarzy mi się trochę z klimatem Alicji w Krainie Czarów. Koszulka z nadrukiem „zjedz chociaż mięsko” rozbroiła mnie totalnie. Rozmiarówka niestety zaczyna się dopiero od 104 cm, więc na nas czas przyjdzie ... jeszcze hoho, ale zachowuję w pamięci. Największe brawa i ukłony za dziewczęce sukienki....creme de la creme:)



Uszyto dla ...
Znowu było bardzo miło, choć do najładniejszych modeli Gałązeczka musi jeszcze podrosnąć. I znowu nutka romantyzmu, wyłamanie się z aktualnych trendów, w których panuje prosty, a nawet czasem surowy design, głównie z dresu. Dla mnie to takie sukienki, w których chodziły nasze babcie, a które pasowały będą jeszcze na nasze wnuki... pewne kroje są po prostu ponadczasowe. A poza tym .... tak miłego podejścia do klienta i zaangażowania możemy tylko pogratulować. 






By Bee
No, tutaj w końcu coś kupilismy:) O tym wkrótce, więc może na razie nie będzie zdradzać... Teraz, tak na szybko, mogę powiedzieć, że ogromna naturalność bije i z projektów i z samych autorów! To jedno z niewielu stoisk, przy którym nie gromadziły się tłumy .... niech żałują, chociaż dzięki temu mogłam spokojnie wszystko pooglądać. 

Fifi & Jeje
Drobiazgi, ale naprawdę ładne. Kołnierzyki, muszki, poduszeczki. Też wkrótce na blogu.

Boska’s Teddies
Już kilka podejść miałam do Boskiej. Oglądałam, zastanawiałam się, w myślach ubierałam i dobierałam, ale jakoś bez przekonania. Pozory jednak mylą! Do tego stopnia, że kupiliśmy... jedne spodnie tylko wprawdzie, ale na inne z ich dresowych cudeniek mieliśmy niezłą ochotę. Ale co się będę Wam rozpisywała, pokaże po prostu i sami się przekonacie, że zwykłe szare dresy mogą być wyjątkowe!



 I inni....

O Hushowych markach to na razie tyle.... choć można by duuużo więcej, bo ładnych rzeczy było tam pod dostatkiem....tylko ciężko czasami było dostrzec ich urok...w tym TŁUMIE!! I o tym tłumie teraz...
HUSH – organizacja
Sam fakt, że potrzebowałam aż dnia, żeby zregenerowac siły po Hushowym szaleństwie pokazuje dobrze, że poza aspektem estetycznej biesiady, to była prawdziwa mordęga. I mean it!!!! Gałązkom zazwyczaj niestraszne długie eskapady, męczące spacery czy brzęczące odgłosy tłumu. Ale tym razem to nas przerosło. Czytałam gdzieś dzisiaj, że na Hushu pojawiło się 20 tyś osób. Jak dla mnie, to te 20 tyś. osób było tak w tym samym czasie, co my! Wszyscy w jednym miejscu, na kupie, na sobie wręcz! Do tego mega gorąco! 


Płynący tłum ludzi, z nurtu którego wyłamać się naprawdę trudno (a już z wózkiem to można zapomnieć). Szliśmy więc tam, gdzie nas poniósł ten tłum głodny estetycznej zdobyczy. Stojaki z ubraniami wręcz okupowane, zwarty szereg macających, przymierzających, pytających, ten zgiełk przekrzykujących się ludzi...jak kumoszki na targu. My raczej z tych bardziej wycofanych jesteśmy i jakoś w tłumie walczyć o swoje nie potrafimy, więc potulnie wycofywaliśmy się na drugi plan. Czasem za drugim podejściem udało nam się dopchać, ale zaraz te wrogie spojrzenia, że z wózkiem, co tyle miejsca zajmuje..... no comments! Dlatego do kilku wystawców zwyczajnie nie podeszliśmy .... Flawless na przykład. Zostawiamy ich sobie na deser, zajrzymy po prostu do ich butiku.

Ten wszechogarniający tłum był dosłownie wszędzie. Szczęście, że matka pomyślała i gotówkę wzięła, bo kolejka do bankomatu dłuższa niż w moim mięsnym. Tłum też w strefie odpoczynku (buhaha „odpoczynku” to chyba tylko z nazwy, bo hałas był tam taki, że zmarłego by obudzili). Wszędzie ludzie wędrujący we wszystkich kierunkach, bez ładu i składu... i po tym prawdziwym survivalu za rok na HUSH się wybiorę, ale mądrzejsza o te kilka zasad:

1.       Wózek zostaje w aucie....każdy. Nawet najzgrabniejsza spacerówka miała trudności z poruszaniem się w tym tłumie. No więc pewnie nie dziwi Was, że nasza (mimo iż całkiem mała jak na 3w1) Teutonia jak czołg wyglądała, wszędzie zawadzała, nigdzie się nie mieściła, no i te spojrzenia ludzi... dziękuję bardzo! Już wolałabym trzymać Franka na rękach, co zresztą i tak się stało, bo jak tylko skończyło mu sie picie, to leżenie też się skończyło. W rezultacie pchałam wózek z dzieckiem na ręku, a drugą ręką próbowałam w jakiś magiczny sposób przeglądać wystawione rzeczy. Impossible!

2.       Małe dzieci zostają w domu. Takie jak Gałązeczka z pewnością. Dla takich maluchów to żadna frajda. Są jeszcze na tyle małe, że same w kąciku niań nie zostaną. U nas brak jeszcze starszego rodzeństwa do towarzystwa. Zabawki i ciuszki zupełnia Franka nie kręcą ... no chyba, żebym dała mu do pogryzienia... Efekt był taki, że Matka wymęczona jak diabli, dziecię jeszcze bardziej .... zasnął mi w drodze powrotnej do samochodu z wafelkiem w buzi!!
3.       Gotówka w portfelu. Nie chcielibyście stać w tej kolejce do bankomatu. Aaa... i jeszcze drobnych dużo, bo nikt po godzinie nie miał wydać...
4.       A jeśli to, co powyżej nie, to potrzebna Wam osoba in plus... do opieki nad dzieckiem, pilnowania wózka i stania w tej paskudnej kolejce. Jakaś cierpliwa w dodatku, bo dla niezainteresowanych to byłaby prawdziwa katorga....i tak podziwiam tych wszystkich meżczyzn!!! I pozdrawiam jednego bardzo miłego Pana w różowym polo, który tak jak ja zmagał się z wózkiem.

„Efekt tłumu” przyćmił też nieco starania organizatorów, by wszystko wypadło jak należy. Ale przy takiej ilości tłumu to nawet dobra organizacja parkingu, czy przejrzyste oznaczenie „gdzie która marka co i jak” przestają mieć znaczenie ...

Nie mogę jednak powiedzieć, że mi się nie podobało. Było inspirująco. Ale „koszt energetyczny” po mojej (i Gałązeczki) stronie zupełnie nas zaskoczył. Nie miałam nawet siły obejrzeć działu z ubraniami dla starszych.... nie próbowałam nawet! Może za rok...

I jeszcze jedna myśl mi sie nasuwa.... choć moja przygoda z blogowaniem jest dość krótka (za 5 dni stuknie nam pierwsze 6 miesięcy), to zdążyłam już nieco liznąć tego świata. Na Hushu jak na czerwonym dywanie....mnóstwo „znajomych” twarzy ... choć w większości najpierw rozpoznać dało się dzieci (a potem.... „no tak, to mama”:). Do tego szwendający się pomiędzy kupującymi modele z nosweet i Pola&Frank. Myślę, że to nie tylko moje spostrzeżenie. I takie mam wrażenie, że choć każdy z nas siedzi przed szklanym ekranem sam, to ten świat dziecięcych blogów nie jest taki rozległy jak nam się wydaje...prędzej czy później wpadamy na siebie, nawet się nie znając. 

Na koniec słówko na temat tłumu .... choć na Hushu ruch jak na Marszałkowiej w godzinach porannych, to tłum ten niczym nie przypominał przechodniów z (nawet) warszawskich ulic. Wreszcie było kolorowo, stylowo, choć czasami i lans pełną parą. W dziale dziecięcym jakby mniej było to widać. Choć ogólne wrażenie miałam pozytywne .... wreszcie dobrze widać, że Polacy lubią bawić się modą, zwracają uwagę na to, w co się ubierają i mają wyczucie smaku. Duży plus za to właśnie!

I już tak na zupełny koniec końców po prostu my! Ja jak zwykle za aparatem:) Za jakość i ilość zdjęć z góry biję się w pierś, ale od tego chaosu odechciało mi się sięgać po aparat .... a poza tym, czym .... chyba nie trzecią ręką, której niestety brak....













Zmęczeni, wracamy do domu...

3 czerwca 2013

Trzydzieści


Piątek ... zegar wybija 3 w nocy . Niezmąconą nocną ciszę przerywa tylko szum drzew. W monotonnym rozkołysaniu brzoza przed domem wygląda, jakby szukała wzrokiem horyzontu i pierwszych promieni słońca.... już niedługo, za chwil kilka jej liście, skąpane w ciepłym świetle dnia, zamigoczą soczystą zielenią ... w końcu to czerwiec ... świat budzi się bardzo wcześnie.  Budzi się i K. Spokojny sen nagle i bezlitośnie przerwało lekkie kłucie.... nie daje zmrużyć oka, choć kołysanka szumiących drzew zachęca do snu. Wokół nadal ta leśna cisza, którą tak dobrze zna. I tylko miarowy oddech T. przypomina jej, że nie jest w tej głuszy sama. W głowie, jak za mgłą czają się obrazy z poprzedniego wieczoru. Mrucząca żarówka rozświetlająca ponure kąty, przy stole trójka przyjaciół, głośne śmiechy. Wspomnienie to szybko jednak zagłusza kolejne kłucie. To nie może być już ... jeszcze przecież jest czas! Kolejne kłucie i K. ma pewność, że czas płata ludziom figle. Niby jest, bo przecież są chwile, które mijają, minuta po minucie, wypełnione wydarzeniami, pracą, odpoczynkiem ... a jednak kiedy jest potrzebny, to tego czasu nie ma. Serce zaczyna ogarniać lekkie przerażenie. Delikatne drżenie rąk. Co robić? Wstać? Budzić? Nie budzić? Czekać? Jechać? Pytania spadają na nią w ilości wielkiej....zbyt wielkiej. Ciążą. Zbyt mocno, by K. mogła poradzić sobie z nimi sama. Budzi więc T.
- Wstawaj, wstawaj, to już!
- To już? – T. jeszcze w półśnie cedzi z niedowierzaniem – Nie, śpij, jest środek nocy.
- To już naprawdę TO! – nuta przerażenia zmieszanego z podekscytowaniem jest w głosie K. już bardzo wyczulna ... tak bardzo, że T. nie ma wyjścia...
- Naprawdę? (...chwila zadumy...) To chodź!

Teraz nocną ciszę zakłóca już nie tylko szum drzew, ale i krzątanina tej dwójki. W pośpiechu i zdenerwowaniu pakują się do syrenki. Odjazd. Przed nimi ok. 30 km drogi. 

Dzień powoli budzi się już do życia. Słońce coraz wyżej nad drzewami, śpiew ptaków nagle wybija się na pierwszy plan. Gdzieniegdzie ospali jeszcze ludzi przemykają ulicami. Ale T. tego nie widzi. Pędzi ile sił tylko i mocy w poczciwej syrence. Wszystko skrzypi, trzeszczy.  Nagle serce zamiera mu w przerażeniu. Silnik zaczyna się dławić, charczy. Wskaźnik paliwa niebezpiecznie nisko. Boże, czy dojedziemy? 

Dojechali. T. wyskakuje jak poparzony. Podbiega do mężczyzny pracującego na stacji paliw. Jąka się, plącze słowa, coś o kartkach mamrocze, że ich brak, że nie ma, że żona ... tam ..., że co teraz, prosi i błagalne spojrzenia śle wyrwanemu ze snu pracownikowi stacji, próbuje wykrztusić z siebie kilka sensownych słów, ułożyć je w jakieś zdanie .... niepotrzebnie. Jego mina mówi sama za siebie. W końcu udało się, mają paliwo, bez kartki w dodatku. Jadą. Jeszcze kawałek. 

Potem wszystko toczy się już zbyt szybko, by rozum mógł nadążyć. Serca walą, jakby chciały wyrwać się im z klatki. Jak film przed oczami migają im różne sceny. Panika i strach. Oddział patologii ciąży. W końcu jest decyzja. Operacja.

Piątek ... 11:05 .... na świat przychodzi Ona. Pierwszy krzyk słyszy tylko lekarz. K. śpi pod narkozą, a T. wydreptuje ścieżki na szpitalnym korytarzu. To nic! Przed nimi jeszcze całe mnóstwo wspólnych chwil!
Tak było ... trzydzieście lat temu!

---

Chyba nie macie już wątpliwości, że dzisiejsza notka o Mamie Gałązce będzie i o tej magicznej zmianie cyfr, co wielu sen z oczu spędza. 

---

Poniedziałek ... 7 rano ... jak co dzień nocną ciszę przerywa wołanie Gałązeczki. Stoi już na baczność w swoim łóżeczku i czeka, aż jej wołanie ktoś usłyszy. Słyszą. Tym razem wstał Tata. Dzisiaj mam wolne! Ale spać nie mogę jakoś. Za ścianą słyszę radosne piski, odgłosy bosych nóżek, brzęk szklanek, bulgotanie gotującej się wody. Dom budzi się do życia. Powoli budzę sie i ja .... dzisiaj jednak jakoś inaczej. 

Niby słońce tak samo jak co dzień wkrada się poprzez cieżkie zasłony, a kot jak zawsze melduje się w drzwiach sypialni z błagalnym spojrzeniem, tak wymownym, że ta pusta miska będzie śnić mi się po nocach. Niby wszystko toczyć zaczyna się swoim stałym rytmem, a jednak w sercu coś się zmieniło. 

Magiczna zmiana cyfr... to mnie nie rusza... myślałam zawsze. Mam życie o jakim marzyłam. Uwielbiam je i żadna cyfra tego nie zmieni. To prawda. Nie zmieni. Życie toczyć się będzie dalej, takie jak wcześniej, takie jak lubię. Ale ta cyfra uświadomiła mi właśnie, że się TOCZY I MIJA, że w miejscu nie stoi. Phii!!... też mi odkrycie.... ktoś mógłby mnie wyśmiać. Przecież to oczywiste, że się toczy. 

Przez ostatnie dziesięć lat miałam jednak wrażenie, że co roku obchodzę te same urodziny.... nie dwudzieste pierwsze, dwudzieste piąte czy dwudzieste siódme, ale DWUDZIESTE KTÓREŚ. Tak! Ciągle miałam tyle samo lat...dwiadzieścia ileś. Życie się toczyło, otoczenie się zmieniało... najpierw studia, jedne, drugie, wakacje, pierwsza praca, znajomi, starzy i nowi, a ja w tym wszystkim ciągle taka sama. I nagle ta trójka, bezlitosna strasznie. Nadeszła i straszy mnie, że ja też już nie ta sama. Że w miejscu nie stoję. Że każdego dnia coraz mniej z tego wymarzonego życia mi zostało. 

Nie myślcie, że jakieś depresyjne klimaty łapię. O nie! Nie zaszyłam się w domowym zaciszu, czekając aż trójka zmieni się na czwórkę. Wręcz przeciwnie. Zrozumiałam, że nie zamierzam tracić ani chwili z tego, co mi zostało, że życie do cna chcę wykorzystać, że nic mi nie umknie, że w sercu zamknę każdą chwilę. 

Jest takie znane powiedzenie, że życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach. To mój plan. Nie ilość oddechów, ani ilość lat mają dla mnie znaczenie. Ale ilość chwil, tych najważniejszych i szczególnych. Chcę je łapać i pamiętać. A już trochę takich było. Z Gałązeczką związane są te najważniejsze. Wiem też, że będzie ich coraz więcej. Ode mnie zależy ile. Chcę, żeby było ich dużo....

Dlatego na tę moją trzydziechę nie zrobię podsumowania. Nie usiądę w zadumie z kubkiem mleka i nie będę rozstrząsać tego, co było. Szkoda na to czasu. Mam jednak plan i marzenia. I na nich się skupię. Wypisałam je tutaj, ale to nie wszystkie. Te ważne i te banalne. Te proste i te trudne. Wiem, że z każdym dniem lista będzie rosnąć. I już nie mogę się doczekać!!!

30 postanowień:
1.       Pierwsze i najważniejsze ... Gałązeczka musi mieć rodzeństwo!
2.       Wreszcie przefarbuję włosy... a co!
3.       Nauczę się mówić „nie”. Asertywność nigdy nie była moją mocną stroną.
4.       Będę włączać kierunkowskaz przy skręcaniu.
5.       Kupię krem pod oczy... i będę go stosować:)
6.       Będę jeść więcej owoców i warzyw.
7.       Nauczę się szyć.
8.       Spłacę kartę kredytową.
9.       Powieszę w końcu te obrazki, które trzeci rok juz za szafą stoją i czekają ...
10.   Obiecuję też porządki, w domu, w papierach na biurku, wszędzie .... planowanie i porządek to nadal moja słaba strona.
11.   Wyrzucę w końcu zbierające kurz notatki i stare zeszyty. Dość sentymentów!
12.   Na mojej liście „to do”-sów także nauka Photoshopa.
13.   Obiecuję sobie i Tobie K., że zlew nie będzie już tak straszył górą naczyć... straszył będzie tylko pustką;)
14.   Powymyślam z wyprzedzeniem pomysły na nowe obiady ... wybacz K., że ciągle na tapecie to samo;)
15.   Nauczę się chwalić innych głośno, a nie w duszy tylko ich podziwiać.
16.   Zacznę uprawiać jakiś sport.
17.   Będę regularnie wywoływała zdjęcia.
18.   Nauczę się chodzić na szpilkach.
19.   Nie będę zostawiać zakupów bożonarodzeniowych na ostatni moment.
20.   Będę sumiennie segregować śmieci.
21.   Nie będę chodziła spać w makijażu.
22.   Założę włąsną firmę.
23.   Będę wysyłać kartki świąteczne.
24.   Będę więcej podróżować.
25.   Polubię poniedziałki.
26.   Będę płaciła rachunki w terminie.
27.   Nauczę się robić domowy pasztet i piec mięso.
28.   Zrobię przetwory na zimę.
29.   Nie będę odkładać spraw na później.
30.   Będę się codziennie uśmiechać i dziękować za moje 30 lat.

Dzisiaj stylówa a la lata osiemdziesiate. Modele: Mama Gałązka z rodzicami:) Przepraszam za jakość zdjęć, ale potraktowałam je zwykłym skanerem.




2 czerwca 2013

Dzień Dziecka na Maxa




Nasz pierwszy dzień dziecka. Takiemu maluchowi jak Gałązeczka trudno jeszcze sprawić przyjemność, z której świadomie będzie się cieszył. Mimo wszystko emocji było sporo. Po wizycie w „fikolandzie” Gałązeczka cała spocona z wrażenia (ubranie zmienialiśmy 2 razy, bo bodziak był cały mokry;). Następnego dnia spędzaliśmy dzień z Inspektorem Maxem (tutaj to już całkiem poza świadomością Gałązeczki;).

Myślę jednak, że najlepszy prezent to dwa pełne dni z Mamą i Tatą:)







































Co-my-tu-mamy:
Koszula w kratkę - ZARA
białe spodnie - First Impressions
spodnie dresowe - ZARA
koszulka - nosweet

u Inspektora Maxa:
spodnie chinos - NEXT
sweter (nasza ukochana musztarda;) - NEXT
koszula - Ralph Lauren (sh)
buciki - Gucio