Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mama. Pokaż wszystkie posty

21 lipca 2014

No. 2


Lekki, niezamierzony falstart instagramowy zmienił trochę plan naszych notek. Chciałam wrzucić niewinne zdjęcie z przebieralni, jak to pełna euforii przeżywam swoje pierwsze od dawna wolne popołudnie na zakupach, a wyszła dyskusja czysto brzuszkowa. Sprawne mamine oko nie przepuści żadnego szczegółu:)

Zatem teraz już oficjalnie mogę potwierdzić, że w styczniu nasza rodzina powiększy się o całkiem małe i słodkie bebe nr 2. Franek będzie musiał porzucić beztroskie jedynactwo na rzecz bycia starszym bratem ... czyim? To na razie i dla nas pozostaje tajemnicą. Na tę maleńkość i słodycz wszyscy czekamy niecierpliwie, choć pewnie przed nami dużo nowych wyzwań. 

Mam nadzieję, że uda mi się sprawnie połączyć podwójne macierzyństwo ze sklepem i blogiem. Bardzo ubolewałam nad tym, że w maju i czerwcu było nas tutaj tak mało. Wybaczcie, siły zwyczajnie nie pozwoliły mi na więcej. Teraz energia wraca do mnie w podwójnej ilości. Mam mnóstwo pomysłów na nowe notki, inspiracje. Czeka nas trochę zmian w domowym zaciszu. Niewykończone od prawie roku mieszkanie, które dotąd zawsze ustępowało obowiązkom związanym ze sklepem, teraz w końcu może liczyć na swoje 5 minut. Syndrom wicia gniazda odczuwam już bardzo silnie, wiec mam nadzieję, że wkrótce stary materac w końcu zamienię na prawdziwe, wymarzone łóżko i rozpakuję resztę domagających się uwagi kartonów. 

Na fali zmian i we mnie zaczyna dojrzewać pewna myśl o zmianach na blogu - o tym, by stał się mniej modowy, a bardziej lifestyle'owy. Na pewno Gałązki nie staną się kolejnym parentingowym przyczółkiem. Ta część blogosfery znacznie się ostatnio rozrosła. Poza tym nie czuję tego klimatu. Wolę pokazywać Wam ciekawe rzeczy, dekoracje wnętrz, miejsca, pomysłu na zabawy z dzieckiem niż wymądrzać się w dziedzinie, w której praktycznie stawiam dopiero pierwsze kroki. Może jak odhowam moje Gałązeczki, to zmienię punkt widzenia, ale teraz wolę pozostać raczej czytelniczką takich blogów niż ich autorką. 

Jedno jest pewne - zostajemy i będzie nas więcej (dosłownie i w przenośni:)

24 lutego 2014

It's all about Him




Wieczór. Wskazówki zegara nieubłaganie zbliżają się do dziewiątki. Leżę półprzytomna na podłodze w pozycji olimpijskiej gimnastyczki. Prawa ręka już cała zdrętwiała, a stopy marzną, bo dziecięcy kocyk jest zbyt mały, by je zakryć. Głowę i lewą rękę przełożyłam przez szparę, która powstała po wyjęciu szczebelków. Z trudem powstrzymuję się przed zaśnięciem, choć powieki mam ciężkie jak głazy. Resztkami sił nucę jakąś melodyjkę i delikatnie głaszczę Gałązeczkę. Wśród ostatnich przebłysków świadomości moje myśli krążą tylko wokół tego, co jeszcze powinnam zrobić tego wieczoru..... zmierzyć się ze zlewem niewidocznym już spod sterty brudnych naczyń, odpowiedzieć na maile, które cierpliwie czekają w skrzynce już od 3 dni, dodać nowe produkty do sklepu, przegrać zdjęcia. I już prawie mam w głowie poukładane co i jak po kolei, gdy nagle z rozmyślań wyrywa mnie cichy głosik: „Mamo, mjeko”. Drepczę więc do kuchni. A za mną para małych stópek, których żwawy krok nie wskazuje na najmniejsze oznaki zmęczenia. Wracamy z butelką mleka. Ciche siorbanie, potem butelka wędruje w moim kierunku przy dźwiękach najsłodszego „Mamo, pjosie”, a ja wracam do nucenia i głaskania. Po kolejnych 20 minutach nie mam już siły głaskać ani nucić. Na szczęście obok słyszę spokojny, miarowy oddech. Zamykam drzwi. Podchodzę do tego zlewu. Podciągam rękawy. Nie mam już siły.... 

Rano. Budzi mnie cichy szelest kołdry. Gałązeczka zaczyna się wiercić, rozglądać wokół siebie. Dostaję małą nóżką w nos. Śpię dalej. Łapczywie chwytam każdą sekundę snu. W końcu nie minęły jeszcze nawet 3 godziny od momentu, gdy zmrużyłam oczy. Po chwili słyszę tupot bosych stóp na drewnianej podłodze. Są gdzieś koło fotela. Ok. Wczoraj zostawił tam swoje zabawki. Pozwalam sobie na to lenistwo i nie otwieram oczu. Nadsłuchuję dalej. Stopki przebiegły tuż nad moją głową. Słyszę, że walczą z koszem na pranie. Na ziemi lądują czyste i pachnące koszule. To nic. Poskładam je drugi raz. Myślę.... zabawa w granicach bezpieczeństwa, wszystko pod kontrolą, odlatuję na momencik. Znowu budzi mnie szelest. Tym razem inny. Z trudem otwieram jedno oko i próbuję dojrzeć coś w tej porannej jasności. Zrywam się jak poparzona. Nie wiem od czego zacząć....cała zawartość kociej kuwety rozsypana na środku pokoju, a Franek najspokojniej w świecie grzebie w niej łopatką i z miną świętego mówi "Mamo, bałagał".

Popołudnie. Zupa delikatnie pyrka na kuchni. Podchodzę i mieszam ją powoli. Chyba już dobra. Ścigam Gałązeczkę po całym pokoju, wsadzam w fotelik. Zapach zupy wypełnia mi nozdrza. Od razu ślinianki zaczynają pracować. No pewnie... przecież nie przełknęłam nic od rana. Pierwsza łyżka ląduje na obrusie (to ostatni czysty). Druga na podłodze. Trzecią w rozpaczy zjadam sama, pokazując, jakie to wszystko pyszne. Na nic. Ciągle słyszę tylko „Mamo nie, Mamo nie cę”. Mam ochotę krzyknąć i walnąć tą zupą o ścianę. 

Ostatnio codziennie miałam takie chwile zwątpienia i zmęczenia. Codziennie w duszy liczyłam, że drzemka potrwa dłużej niż zazwyczaj. Bo przecież nie zdążę spakować paczek, bo chciałam na kilka maili odpowiedzieć, bo obiad w spokoju przygotować, bo notkę napisać i zdjęcia obrobić.  Łapałam się na tym, że zamiast układać klocki i rysować, z komputerem pod pachą siadałam OBOK. Niby razem, lecz tak naprawdę zupełnie osobno.

I przyszedł taki wieczór, że siedząc wpatrzona w ekran komputera, natknęłam sie na link. Do świata Mai. Świata pełnego łez i goryczy, pełnego buntu i przekleństw, pełnego ducha walki i smaku porażki. Do świata, w którym od prawie trzech lat nie ma jej synka, 4-letniego Ronana. Mały Ro o najbardziej niebieskich oczach świata przegrał walkę z rakiem. W zaledwie 9 miesięcy. Trzy dni przed swoimi czwartymi urodzinami.

Siedziałam tego wieczoru i zamiast pisać notkę i te zdjęcia obrabiać, przeczytałam chyba najbardziej wzruszający opis matczynej walki o dziecko. Każde słowo w notkach Mai pełne jest nie tylko bezgranicznej miłości, ale przede wszystkim buntu i tęsknoty,  niezrozumienia i cierpienia. Nie jestem osobą, która łatwo się wzrusza, ale wtedy wylałam morze łez. Nie chcę też żyć problemami innych (bo swoich mam pod dostatkiem). Ale tym razem szczerość i bezpośredniość Mai sprawiły, że coś zwyczajnie we mnie pękło. Łzy pociekły po policzku i nie przestały lecieć przez kolejne 3 dni. Jeszcze żaden apel o pomoc chorym dzieciom nie dotknął mnie tak bardzo. Może dlatego, że dla małego RO już za późno na pomoc, a może dlatego, że tak bardzo przypomina mi Gałązeczkę – uśmiechem, błękitem oczu. I jeszcze te słowa Mai, które jak mantrę powtarza w każdym prawie wpisie. I love you to the moon and back. Przecież to ten sam cytat, który wybrałam na ścianę dla Franka w jego pierwszym pokoiku (pokazywałam go TU).  Tyle małych podobieństw i jedna fundamentalna różnica. Tamtego wieczoru po paru godzinach znowu usłyszałam ciche popłakiwanie z sąsiedniego pokoju....

Tamtego wieczoru nie pozmywałam naczyń, nie odpowiedziałam też na żadnego maila, nie napisałam notki ani nie obrobiłam zdjęć. Podobnie następnego dnia rano i wieczorem. Nie sprawdziłam poczty dopóki Gałązeczka nie poszła na popołudniową drzemkę. Paczki odwiozłam do sortowni sama na 5 minut przed jej wieczornym zamknięciem. 

Bo zrozumiałam, po co to wszystko. Po co ten maile, te paczki i te notki.... Co zmieni ten czysty zlew..... ten pęd codzienny, ta niekończąca się lista spraw do załatwienia. Po co to wszystko? Przecież to dla Niego. Dla Niego te zdjęcia, te notki, ta zupa podgrzewana trzykrotnie, ta bajka na dobranoc, co znam ją już na wskroś. Dla niego ten sklep i showroom, te ubranka. Dla Niego zostałam w domu i próbuję sił na swoim, tak by z Nim spędzać całe dnie, a nie machać rano na pożegnanie wychodząc do biura. Bo bez Niego to wszystko przecież nie miałoby sensu. 

I nagle zaczęłam tęsknić za tym wieczornym zmęczeniem, porannym bałaganem i popołudniowymi zmaganiami z obiadem. W każdej z tych chwil zamiast widzieć zmęczenie i zniecierpliwienie odnajduję coś cennego – ten czas, który mamy we dwoje, to ciepło, które czuję, gdy wtula się we mnie, ten najsłodszy głos, który słyszę, gdy się buntuje. Wiem, że bez tego czasu, bez tego ciepła i bez tego głosu nic nie miałoby sensu. 

I nie czuję wyrzutów sumienia, że to już 5 dni bez notki czy że ktoś czekał 3 dni na maila. Julia napisała dzisiaj pięknie, że czasem trzeba się znaleźć w pewnym miejscu, żeby zrozumieć, że wcale nie chce się w nim być. Ja właśnie znalazłam się pomiędzy tymi wszystkimi sprawami do załatwienia, w samym centrum tego pędu, żeby zrozumieć, że nie tam chcę być, gdy mój syn obok bawi się sam.


Nie zrozumcie mnie źle... nadal chcę pisać notki, prowadzić sklep i showroom oraz dbać o dom. Nadal będę zasypiała wieczorami z przewieszonymi przez szczebelki rękami. Nadal będę zmywała i gotowała trzy zupy jednego dnia, z nadzieją, że któraś mu zasmakuje. To moje obowiązki i przyjemności, z których nie mogę, ale też nie chcę rezygnować. Teraz wiem tylko, że są dodatkiem do prawdziwego szczęścia, którego nigdy nie zastąpią.  Jak dobrze, że to szczęście śpi tuż obok za ścianą...

Frankowe co-my-tu-mamy:
pikowana bluza - GAP
body z napisem Złote Dziecko - TU
spodnie - ZARA
buty - Converse
czapka - Piu di Me
miętowy komin - ReKids


Dzisiaj krótka sesja z showroomu, w którym urzędujemy razem. Gałązeczka układa i przestawia, nosi, pomaga, rozrzuca. Patrzę na to wszystko ze zrozumieniem i sporą dawką cierpliwości. To jego czas, a rozrzucanie i przestawianie to przecież przywilej jego wieku. Bez Niego nic nie miałoby sensu.






















28 stycznia 2014

Home alone


Historia lubi się powtarzać, a zmiany bywają trudne. Przekonałam się o tym po raz kolejny podczas mojego pierwszego samotnego wyjazdu na targi Pitti Bimbo do Florencji (więcej o targach TU). 

Nasze rodzinne wakacyjno-biznesowe wyjazdy nieuchronnie przywodzą mi na myśl pewien znany film, który oglądam w każde święta Bożego Narodzenia. Podobnie jak Kevin za każdym razem lądujemy w mniejszych lub większych opałach, z których cudownym trafem udaje nam się jakoś wyjść. I choć nie ścigają nas żadni złodziejaszkowie, to jednak poziom abstrakcji niektórych naszych przygód sięga zenitu i wykracza poza normy przewidywalności. Ci z Was, którzy zaglądają do nas od jakiegoś czasu natknęli się już z pewnością na naszą ostatnią wakacyjną relację (TU). Nota bene, także z wyjazdu do Włoch. Nowym czytelnikom powiem tylko po krótce, że udało nam się zgubić paszporty jakieś 5 metrów za bramkami kontrolnymi, dostać 2 mandaty (ostatni przyszedł dosłownie w zeszłym tygodniu), ledwo ujść z życiem po nocy w hotelowym pokoju o powierzchni 2 m2  i spóźnić się na samolot, przez co tylko cudem uniknęlismy podróżowania po Włoszech Fiatem Panda (z dzieckiem (!!!), bagażami, itp) . Ostatecznie jednak wyszliśmy z tego cało i nawet udało nam się wypocząć.

Szykując się do wyjazdu do Florencji  miałam w głowie tylko jedną myśl .... przygotować wszystko wcześniej, zaplanować, zorganizować i ze spokojem przeżyć cały weekend. Początki nie zapowiadały nadchodzących kłopotów. Jak nigdy bilety lotnicze miałam wykupione z odpowiednim wyprzedzeniem, choć przy ich rezerwacji nie obeszło się bez problemów.  Odprawiłam się online kilka dni przed lotem. Nie szukałam naprędce paszportu ani kart. Walizka czekała w gotowości juz dzień wcześniej. Spotkania dokładnie poumawiane. Na kartce plan tego, co będę chciała zrobić z tą szaleńczą ilością wolnego czasu. Pomyślałam nawet o ubezpieczeniu i poświęceniu kilku chwil na merytoryczne przygotowanie się do spotkania z Minimu. Leżąc w łóżku w przeddzień wyjazdu, byłam z siebie dumna, że wreszcie wszystko mam pod kontrolą i że żadna nieprzyjemna niespodzianka mnie nie spotka. Nic z tych rzeczy! Otóż jak pisałam wcześniej ... historia lubi się powtarzać, a zmiany (szczególnie dotyczące własnych nawyków) bywają bardzo trudne ...

W piątek rano nic nie zapowiadało problemów. Choć rozstanie z Frankiem było dość emocjonalne (dla mnie, bo on, biedaczek, nie zdawał sobie sprawy z długości naszej rozłąki), to jednak w wirze ostatnich przygotowań i domykania codziennych spraw (w tym wysyłki Waszych zamówień), udało mi się powstrzymać napływające łzy. Wprawdzie jakiś wewnętrzny głos, który kazał mi się wrócić i pożegnać z bliskimi jeszcze raz, uratował mnie przed pozostawieniem jedynego telefonu w domu, ale uznałam to za zwyczajną pomyłkę i nie doszukiwałam się w tym drugiego dna. Taksówka jechała sprawnie pomimo nawału świeżego śniegu. Na lotnisku byłam na czas! Nie mogło być lepiej. Ciśnienie opadło i wtedy zaczęły się kłopoty ...

Podczas check-inu okazało się, że mam za duży bagaż w porównaniu z kategorią, jaką zgłosiłam. W zasadzie zadeklarowałam, że mam tylko mały bagaż podręczny, ale moja walizeczka za nic nie chciała wydawać się mała, ani zmieścić się w dozwolonych wymiarach i ostatecznie musiałam dopłacić za bagaż .... 4 razy tyle, ile ten sam bagaż kosztowałby mnie, gdybym wykupiła go podczas rejestracji internetowej. Damn it! Ale mówi się trudno. To również uznałam za nieistotny przypadek. Tym bardziej, że spłynęło na mnie trochę fejmu od Zosi Ślotały, która kręciła sie po hali odlotów, podczas gdy ja podziwiałam jej fajny, niewymuszony podróżniczy look.

Nauczona naszymi wakacyjnymi doświadczeniami, cały czas pilnowałam paszportu i biletów. Czekałam posłusznie pod wskazaną bramką. Nie nakruszyłam na podłogę i choć miałam ciężką torbę, to tylko jedną. Weekend zapowiadał się bajkowo ....

... aż do momentu, kiedy wylądowałam na lotnisku w Rzymie i chciałam wypożyczyć samochód. Miałam rezerwację, więc byłam spokojna i nie brałam pod uwagę innej ewentulaności niż ta, że w przeciągu paru chwil będę siedziała w pięknej, klimatyzowanej Giuletcie i zmierzała w kierunku Florencji. Ot, zachciało mi się luksusów ....

... Najpierw bowiem okazało się, że rezerwacja a i owszem jest, ale na innym rzymskim lotnisku. Ostatecznie udało mi się jakoś ubłagać panią z okienka i samochód się znalazł. Nie mogłam go jednak wypożyczyć, bo posłuszeństwa odmówiła mi karta kredytowa, którą chciałam dokonać opłaty z tytułu depozytu. Próbowałam wielokrotnie licząc na słabe łącze, ale za każdym razem na wyświetlaczu widziałam tylko jedno słowo ‘negata’. Do dziś śni mi się to po nocach. Po niezliczonych minutach rozmów z Tatą Gałązką, sprawdzania i podwyższania limitów, dostępnych środków, byłam pewna, że czeka mnie podróż pociągiem do Florencji i to raczej na gapę, bo w portfelu miałam 50 eur na cały wyjazd. W rozmowie z bankiem okazało się, że karta w wyniku czyjejś pomyłki (!!!!) została zablokowana, że mogę złożyć reklamację i czekać na jej rozpatrzenie do ... 30 dni! W międzyczasie nie mogą zrobić nic więcej.  Taaa....

Moją ostatnią nadzieją była druga karta, którą wzięłam naprędce z domu. Zazwyczaj nie używam jej podczas wyjazdów, bo ma bardzo niski limit i służy do zakupów przez internet .... kumacie po co ten niski limit?;) Tak, tak, Matka potrzebuje czasem nad sobą bicza... w tych sprawach nie ręczę za siebie;) Niestety nie pamiętałam do niej PINu .... Nadal wisząc na telefonie z Tatą Gałązką, któremu należą się oklaski, ukłony i pochwały, bo gdyby nie on, to wizja tego pociągu była bardzo bliska;), ustaliłam nowy PIN i już prawie zacierałam ręce na widok tych kluczyków, które leżały dosłownie na wyciągnięcie ręki. PIN wprawdzie przeszedł, ale ten limit był nieubłaganie niski ... ZA niski na Giulettę, lecz w sam raz na Fiata Pandę.... no nie, pomyślałam, że ta Panda jest jakąś naszą rodzinną klątwą (w sierpniu zeszłego roku także o mało nie wylądowaliśmy w Pandzie z Frankiem i wszystkimi naszymi bambetlami). Cóż ... lepszy rydz niż nic... wizja podróżowania Pandą była i tak o niebo lepsza niż pomysł telepania się do Florencji pociągiem. Ostatecznie udał się mały szacher-macher i Tata Gałązka zapłacił voucherem, który zwolnił mnie z wszystkich kosztów. Trwało to jednak chwilę, bo taka procedura musi być zatwierdzona przez chyba wszystkie poziomy kierowników i dyrektorów SIXTa. Pani z okienka jak mantrę powtarzała do telefonu, że musi mieć zgodę „headquarters”. Uzyskanie jej zajęło kolejne dziesiątki minut.

Ostatecznie po 2 godzinach (sic!) czekania, dzwonienia i kreatywnej twórczości w poszukiwaniu rozwiązań tej sytuacji, siedziałam w pachnącej nowością Giuletcie. Patrzyłam beznamiętnie na wyświetlacz nawigacji, który pokazywał 306 km i 3 godziny drogi. Dopiero wtedy poczułam wszechogarniające zmęczenie i niechęć na myśl o tej niekończącej się nitce autostrad przede mną. Do naciśnięcia pedału gazu przekonało mnie jednak to delikatne podekscytowanie wydarzeniami dnia następnego. Chciałam być na Pitti, chciałam zobaczyć nową kolekcję Minimu, obejrzeć innych wystawców i po prostu zwyczajnie poszwendać się bez celu i bez pośpiechu po mieście, usiąść w małej knajpce na pizzę i w spokoju otworzyć notes na kartce, na której juz kilkakrotnie zaczynałam kreślić plany na nadchodzący rok. Ech, takie małe marzenie:) Więc ruszyłam ....
Do Florencji dojechałam późnym wieczorem i gdyby nie nawigacja, to zupełnie zgubiłabym się w tym gąszczu jednokierunkowych uliczek. Nie pomógłby nawet instynkt, który w chwilach największego zmęczenia potrafi po omacku wskazać drogę do najbliższego łóżka;)

Hotelik, który wcześniej przezornie zarezerwowałam miał bardzo klimatyczną fasadę. Przepiękne okiennice, ozdobne rośliny i ogólny porządek nie zapowiadały zupełnie mankamentów wnętrza i obsługi. Zaczynając od zepsutego klimatyzatora, który utrzymywał stałą temperaturę 19 stopni, a kończąc na śniadaniu, na które dostałam, dosłownie, suchego tosta z dżemem. Nie wiem, gdzie był ten obiecany szwedzki stół – choć w sumie mogłam wybrać, czy zjem tego tosta na sucho, czy z dżemem;) Ale tamtego wieczoru liczyła się dla mnie tylko czysta pościel i wygodny materac:) 

Sobota upłynęła mi pod hasłem targów. Po południu miałam jednak czas dla siebie i doszłam do wniosku, że grzechem byłoby spędzenie go w hotelu pod kołdrą, choć pokusa była spora:) Złapałam więc mapę pod pachę i ruszyłam w stronę historycznego centrum .... jak mi się wtedy wydawało najkrótszą drogą. Zabrnęłam w takie uliczki, że ciarki aż do dziś przechodzą mi po plecach na myśl o tych zakamarkach i ich lokatorach. Pominę ten fragment milczeniem, bo Tata Gałązka dałby mi nieźle popalić, gdyby dowiedział się, gdzie się szwendałam po nocach;) Trzeba jednak przyznać, że Florencja nocą jest bardzo klimatyczna. Wygląda trochę jak miasto ze średniowiecznych opowieści, pełne rzezimieszków i typów spod ciemnej gwiazdy, którzy warują w bocznych alejkach. Zimowa deszczowa pogoda wpędza wszystkich restauratorów w czeluście ich knajpek. Turyści przemykają tu i ówdzie, ale nie są to stada zgłodniałych atrakcji Azjatów. To raczej małe grupki, które w ciszy kontemplują duszę miasta. I tylko na głównych ulicach centrum czuć ten turystyczny zamęt. 

Wylądowałam w końcu w maleńkiej knajpce na pysznych, aczkolwiek strasznie kalorycznych pierożkach i grzankach z kapustą i czosnkiem (myślałam, że nie przejdzie mi to przez gardło, ale jednak...) Sączyłam powoli kieliszek białego wina, delektując się tą chwilą samotności, robiąc notatki z przyszłej kolekcji Minimu i snując plany na tak dobrze rozpoczęty wieczór. W tak dobrym nastroju dobrnęłam do momentu płatności, kiedy usłyszałam po raz kolejny to znienawidzone „negata”. Tym razem to jednak tylko chwilowy brak połączenia, więc ku mojej uciesze odeszła wizja odpracowania posiłku na kuchni;) Ten dyskomfort związany z ryzykiem odmowy transakcji towarzyszył mi zresztą przez cały wyjazd. Na szczęście limit pecha wykorzystałam pierwszego dnia:)

Pomimo tych wszystkich przygód, do których zaczynam się powoli przyzwyczajać i które przestają mnie już dziwić, samotny weekend był mi bardzo potrzebny. O takim głębszym oddechu i dłuższej chwili ciszy marzyłam w duszy już długo. I choć chciałam spędzić go trochę intensywniej, to jednak gdy odeszła ta adrenalina, która trzyma mnie w ryzach i codziennie każe wstać i na nowo stawiać czoła dniom pełnym obowiązków i trudności, wyszło ze mnie całe zmęczenie ostatnich miesięcy. W rezultacie wieczorami walczyłam ze snem, żeby choć tych kilka stron książki przeczytać, żeby w spokoju spisać pomysły, które siedzą mi w głowie i żeby nacieszyć się tym czasem bezczynności. 

Na tym idealnym obrazku jest tylko jedna spora rysa – tęsknota Franka, dla którego mój wyjazd był ogromnym szokiem. To było nasze pierwsze dłuższe rozstanie. I choć był bardzo dzielny, nie płakał i nie wołał mnie, to snuł się po domu, lekko osowiały i szukał mnie w miejscach, gdzie najczęściej przebywam. Nie potrafił zrozumieć tej nowej sytuacji. Tę jego smutną twarz i żal w oczach zapamiętam chyba do końca życia. Pierwsza próba odcięcia pępowiny była chyba jednak zbyt drastyczna, zarówno dla niego, jak i dla mnie. Z moją tęsknotą i wyrzutami sumienia czułam się trochę jak mama filmowego Kevina, która uświadamia sobie, że zostawiła swoje dziecko. Nasza wersja wydarzeń nie była jednak komiczna. Pozwoliła mi zrozumieć, że jestem mamą i teraz już zawsze będę borykała się z takimi dylematami.


I juz na sam koniec o moim fotograficznym projekcie związanym z wyjazdem. Pisałam Wam TU o photo checklistach. Poniżej moja interpretacja wybranych haseł

photograph your packing list / zdjęcie listy pakowanych rzeczy


photograph your plane tickets / zdjęcie biletów lotniczych

photos of the place you stayed /zdjęcia miejsca, w którym się zatrzymałeś













photograph inside a souvenir shop / zdjęcie w sklepie z pamiątkami






a typical street in a city/town you visit / zdjęcie typowej ulicy






your finger pointing to travel destination on a map / zdjęcia palca wskazującego cel podróży


photograph your bags all packed / zdjęcie spakowanych walizek



I jeszcze kilka ujęć z instagrama 




books/magazines you brought to read / ksiązki i gazety wzięte do czytania w podróży