Trochę zmian... pewnie już widzicie. Ale od początku...
Życie z Gałązeczką jest
wspaniałe, pełne nowych przygód, nieznanych dotąd uczuć, codziennych niespodzianek,
nowych osiągnięć.... i pełne bałaganu. Nocne wędrówki Mamy Gałązki do kuchni po
mleko dla Gałązeczki to prawdziwy tor przeszkód. Zawsze coś się plącze pod
nogami... okruchy po ukradkiem zwędzonym ze stołu ciasteczku, porozrzucane klocki,
mocno już pomarszczone balony, piłki, wywleczony z komódki sweterek, mop,
którym Gałązeczka codziennie poleruje podłogi. Do tego rozgardiaszu już się
trochę przyzwyczaiłam, co nie znaczy, że jego widok mnie nie męczy.... wieczne chowanie
zabawek, by po chwili znów ujrzeć je porozrzucane po kątach jest jak moja
codzienna mantra. Tak czasem chciałabym zawiesić oko na czymś ładnym,
posprzątanych, harmonijnym, żeby wzrok odpoczął od tysiąca kolorów, migoczących
lampek czy drgających elementów.
Nie oszukujmy się jednak! Z
dzieckiem słowo „porządek” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Dlatego szukając
ratunku i ukojenia dla oczu, rzuciłam się ostatnio w wir domowych
zmian....upraszczam, ujednolicam, kolorów, faktur, gadżetów, dekoracji się
pozbywam. Chowam w pudełka, zasłaniam. Robię, co mogę, żeby choć na pierwszy
rzut oka w domu widać było ład. Nie jest to proste, bo przez lata nagromadziłam
sporo rzeczy, a po narodzinach Gałązeczki ich liczba nagle się potroiła. Ale
się staram....
I tak nasz dom nabrał ostatnio
jasnych barw. Jest jakby świeższy, lekki. Takim go bardzo lubię! Daleko mu
jednak do surowych wnętrz. Takie wprawdzie także mi się podobają, ale chyba nie
potrafiłabym w nich mieszkać. Dom musi być przede wszystkim przytulny, miękki i
ciepły. Bardzo chciałam tą naszą nową jasność czymś przełamać. W osiągnięciu
tego efektu pomogły mi love&love i Cotton ball lights.
Pompony od love&love kusiły
mnie już od dawna. Ostatnie urodzinowe tygodnie pozwoliły mi temu kuszeniu
poddać sie całkowicie. A kiedy listonosz przyniósł wielkie pudło, to wiedziałam
już, że dla takich grzechów warto żyć:) Pompony są cudne! Nadają wnętrzu trochę
romantyczny klimat, czyli cała ja!
Cotton ball lights też były na mojej
liście marzeń juz od dawna. Ich urok dostrzegam i w dzień (są dekoracją samą w
sobie) i w nocy (dają cudowne ciepłe światło). Gałązeczka też je uwielbia.
Wskazuje na nie paluszkiem i woła „Pyta, pyta!”, co w przekładzie znaczy „piłka”;)
Bo dla Gałązeczki wszystko, co okrągłe to piłka...balon, wisząca lampa,
cokolwiek, piłkowy szał trwa nadal:)
Te zmiany w kierunku prostoty i
jasności widać też na blogu. Poprzednie zdjęcie w nagłówku i kolory zaczęły
mnie trochę przytłaczać.
Mam nadzieję, że nowe zmiany Wam
się podobają. Ja na nie patrzę i aż się uśmiecham:)




















































