27 czerwca 2013

We LOVE &LOVE our home


 Trochę zmian... pewnie już widzicie. Ale od początku...

Życie z Gałązeczką jest wspaniałe, pełne nowych przygód, nieznanych dotąd uczuć, codziennych niespodzianek, nowych osiągnięć.... i pełne bałaganu. Nocne wędrówki Mamy Gałązki do kuchni po mleko dla Gałązeczki to prawdziwy tor przeszkód. Zawsze coś się plącze pod nogami... okruchy po ukradkiem zwędzonym ze stołu ciasteczku, porozrzucane klocki, mocno już pomarszczone balony, piłki, wywleczony z komódki sweterek, mop, którym Gałązeczka codziennie poleruje podłogi. Do tego rozgardiaszu już się trochę przyzwyczaiłam, co nie znaczy, że jego widok mnie nie męczy.... wieczne chowanie zabawek, by po chwili znów ujrzeć je porozrzucane po kątach jest jak moja codzienna mantra. Tak czasem chciałabym zawiesić oko na czymś ładnym, posprzątanych, harmonijnym, żeby wzrok odpoczął od tysiąca kolorów, migoczących lampek czy drgających elementów. 

Nie oszukujmy się jednak! Z dzieckiem słowo „porządek” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Dlatego szukając ratunku i ukojenia dla oczu, rzuciłam się ostatnio w wir domowych zmian....upraszczam, ujednolicam, kolorów, faktur, gadżetów, dekoracji się pozbywam. Chowam w pudełka, zasłaniam. Robię, co mogę, żeby choć na pierwszy rzut oka w domu widać było ład. Nie jest to proste, bo przez lata nagromadziłam sporo rzeczy, a po narodzinach Gałązeczki ich liczba nagle się potroiła. Ale się staram....

I tak nasz dom nabrał ostatnio jasnych barw. Jest jakby świeższy, lekki. Takim go bardzo lubię! Daleko mu jednak do surowych wnętrz. Takie wprawdzie także mi się podobają, ale chyba nie potrafiłabym w nich mieszkać. Dom musi być przede wszystkim przytulny, miękki i ciepły. Bardzo chciałam tą naszą nową jasność czymś przełamać. W osiągnięciu tego efektu pomogły mi love&love i Cotton ball lights. 



Pompony od love&love kusiły mnie już od dawna. Ostatnie urodzinowe tygodnie pozwoliły mi temu kuszeniu poddać sie całkowicie. A kiedy listonosz przyniósł wielkie pudło, to wiedziałam już, że dla takich grzechów warto żyć:) Pompony są cudne! Nadają wnętrzu trochę romantyczny klimat, czyli cała ja! 














Cotton ball lights też były na mojej liście marzeń juz od dawna. Ich urok dostrzegam i w dzień (są dekoracją samą w sobie) i w nocy (dają cudowne ciepłe światło). Gałązeczka też je uwielbia. Wskazuje na nie paluszkiem i woła „Pyta, pyta!”, co w przekładzie znaczy „piłka”;) Bo dla Gałązeczki wszystko, co okrągłe to piłka...balon, wisząca lampa, cokolwiek, piłkowy szał trwa nadal:)



Te zmiany w kierunku prostoty i jasności widać też na blogu. Poprzednie zdjęcie w nagłówku i kolory zaczęły mnie trochę przytłaczać. 

Mam nadzieję, że nowe zmiany Wam się podobają. Ja na nie patrzę i aż się uśmiecham:)

25 czerwca 2013

O tatusiach w piaskownicy

Upał męczy nas niemiłosiernie i jakoś na niższych obrotach żyjemy ostatnio....stąd notka lekko opóźniona. Tatusiów wszystkich, a najbardziej naszego bardzo przepraszamy.  

Tata Gałązka swój DZIEŃ świętuje już po raz drugi.   Zdrowia, szczęścia i innych takich tam życzymy mu codziennie, także bez okazji. Poza tym pompatycznie, nadmuchanie i sztywno to nie w naszym stylu.  Prawdziwe życzenia wyszeptaliśmy mu na ucho, a i tak codzienna mantra Gałązeczki ... „Tata tata tata...” tym cudnym, cieniutkim głosikiem jest najlepszym prezentem. Tak więc zainteresowany wie co i jak:) Dziś  za to kilka śmiesznych (ale i strasznych jednocześnie) tatusiowych historii.

Tego, że po narodzinach dziecka życie zmienia się diametralnie nie trzeba tłumaczyć żadnej mamie. U nas nie inaczej....zmian wiele. Jedna z nich, taka prozaiczna, to zmiana otoczenia. Mama Gałązka porzuciła eleganckie kiecki, koszule i marynary, czyli biurowy dress code na rzecz dresowych spodni i spódnic, a swój korporacyjny kąt na 12 piętrze z wielkim drewnianym biurkiem, klimatyzacją i full opcją wyposażenia zamieniła na plac zabaw. Drewniana to jest tam tylko piaskownica. O klimatyzacji mogę tylko pomarzyć! Ale nasłuchać się tam można.... oj można...o tym, jak tatusiów widzą ich dzieci.

Piaskownicowe rozmowy cz.1
W piachu bawią się trzej chłopcy i dziewczynka.... z określaniem wieku zawsze miałam problem;)) ale mówią, i to całymi zdaniami, wzrost taki do łokci, mniemam, że początek podstawówki... rozmowa „o wszystkim i o niczym”, Mama Gałązka dyskretnie podsłuchuje, kopiąc kolejny dół i robiąc kolejną babę dla Gałązeczki. Nagle pada pytanie ...

Chłopiec 1 (do dziewczynki): A ty to chyba nie masz taty...
Chłopcy 2 i 3: Ha ha ha...nie ma taty, hahaha
Mimo protestów dziewczynki śmiechy rozbrzmiewają jeszcze przez chwilę...
Dziewczynka: Mam! A wcale, że mam tatę!
Chłopiec 1: To gdzie teraz jest...?
Dziewczynka: W pracy. 

Lekko zawstydzona oczywistością swojej odpowiedzi dziewczynka zaczyna się tłumaczyć...a właściwie tłumaczyć swojego tatę...

Dziewczynka: Teraz jest w pracy, ale raz zrobił mi taką niespodziankę, że przyszedł po mnie do szkoły...

I tu Mama Gałązka padła, a właściwie szczęka jej opadła, a w sercu trochę żal się zrobiło...ale niespodzianka, no mega po prostu....tatusiowi gratulujemy inwencji! Ale wiemy też, że lajf bywa brutal, więc tylko mamy nadzieję, że ten tatuś będzie miał dla swojej córeczki więcej czasu i że niespodzianką będzie niezapowiedziana wycieczka do zoo albo na lody...

Ale takie niespodzianki to nic, w porównaniu z takim hardcorem...

Piaskownicowe rozmowy cz.2
W piachu bawią się dwie dziewczynki...jedna jak się później okazało Zuzia, druga imienia nie zdradziła, choć Mama Gałązka nasłuchiwała bacznie...

Dziewczynka 1: A ty to chyba nie jesteś z Polski...? Jesteś z zagranicy?
Zuzia: yyy..? Jestem z Polski!
Dziewczynka 1: Ale to twoja mama jest z zagranicy, czy twój tata?

Dla wyjaśnienia, Zuzia to mulatka....

Zuzia: Jak to?
Dziewczynka 1: No bo ty jesteś mulatką, więc musisz być z zagranicy...
Zuzia: Nie, jestem z Polski. Moja mama też jest z Polski, a tata....taty nie pamiętam, bo sobie kiedyś dawno pojechał i juz nie wrócił, i już go nie pamiętam...
Mamie Gałązce znowu serce się kraja....
Zuzia: A co to w ogóle znaczy „mulatka”..?

I rozmowa potoczyła się dalej...zupełnie normalnie, fakt przyjęty i tylko Mamie Gałązce żal się zrobiło okropnie...niby wiem, jak to jest, ale jak już człowiek się styka z takimi problemami w prawdziwym życiu i patrzy na to prawdziwe dziecko, którego tatuś nie chce znać, to jakoś ciężej...

Piaskownicowe podsłuchane rozmowy naprawdę potrafią być jak zimny prysznic. Zero selekcji, nikt rekrutacji nie przeprowadzał, nikt na bramce nie stoi, co by tych porządnych tylko wpuszczał...nie! na placyku są wszyscy, cały przekrój społeczeństwa...jest babcia, co tylko gazetę czyta i bransoletki nawleka, gdy wnuczka na drugim końcu, nie pilnowana, z każdym mogłaby pójść....jest tata, co lata z aparatem i pstryka fotki, są mamy, co ławki okupują i plotkują bez opamiętania, czasem tylko krzykną na dziecko, żeby się nie brudziło (w piaskownicy... heloł...to jak dać dziecku ciasto i powiedzieć, że nie może zjeść)...i każdy z jakaś historią, trudną....

a Mama Gałązka, lepiąc te baby, tak słucha i słucha i ... dziękuje naszemu Tacie Gałązce, ze czas ma dla Gałązeczki, że czasem daje postukać w klawiaturę, że z piłką po salonie ma czas poszaleć i życzy mu, żeby pomysłów na prawdziwe niespodzianki też nigdy nie zabrakło...



22 czerwca 2013

Birthday party - making of



Choć urodzinowe przyjęcia już za nami, to my nadal czujemy się tak, jakby ostatni goście właśnie wyszli. W kuchni plączą się akcesoria do tortów, na stole nadal stoją słoiki żelków (o zgrozo! A ja je wyjadam bez opamiętania;), nad stołem i pod sufitem ciągle jeszcze wiszą nasze dekoracje i girlandy. To wszystko specjalnie i jakby trochę na przekór upływającym dniom. Miniony weekend był dla nas naprawdę wyjątkowy i chcę tymi chwilami nacieszyć się troszkę dłużej. A Franek codziennie rano wybiega do salonu, podnosi łapkę do góry, pokazując wiszące dekoracje i woła „yyyyyy”;))) ... jakby mówił: „Patrz Mamo, tu było moje przyjęcie!”.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego przedłużam tę urodzinową atmosferę. Przygotowania pochłonęły mnie całkowicie i w zmęczenie oraz zabieganiu nie zdążyłam do końca się nimi nacieszyć. Dekoracje zatem zostaną jeszcze przez jakiś czas, a dziś obiecana notka „przygotowawcza”. Niektórzy z Was pytali się o dekoracje, jak, skąd i dlaczego. Zapraszam zatem do lektury naszego małego urodzinowego tutoriala;)

Pomysł
Już taka ze mnie artystyczna dusza, że każdą okazję chciałabym uczcić w wyjątkowy sposób. To jak wygląda nasz dom ma dla mnie duże znaczenie (i ogromny wpływ na moje samopoczucie....). Dlatego u nas zawsze znajdziecie sezonowe dekoracje....na Boże Narodzenie stroiki i świeczki, na Wielkanoc i wiosnę kwiaty, na urodziny girlandy, ... często wyrabiane przeze mnie po nocach, wyszukane gdzieś na wyprzedażach. Lubię przedmioty z klimatem. Inspiracje potrafię czerpać nawet z przelotem przejrzanej gazety a pomysłów głowa zawsze pełna. Zazwyczaj problem jest tylko z wyborem tej jednej koncepcji.... tym razem ten problem też się pojawił.

Myśląc o urodzinach Gałązeczki, już na wstępie zrezygnowałam z przyjęcia tematycznego. Franek jest jeszcze za mały, żeby docenić (ba! nawet zrozumieć) stół przybrany jak piracki statek czy choćby powtarzalność pewnych motywów (przyznam, że w tym roku myślałam  nawet o wąsach). Dlatego postanowiłam, że konkretnego tematu nie będzie. Będzie za to spójnie .... kolorystycznie. Chciałam, żeby wszystko miało ręce i nogi, nie gryzło się ze sobą, nie przytłaczało ilością barw, których i tak nigdy nie brakuje w dziecięcym świecie.

Wybrałam miętę i granat. To zestawienie jakoś szczególnie polubiłam. Mięta to prawdziwy hit sezonu. Chciałam jednak, żeby przyjęcie było prawdziwie chłopięce...stąd granat. No i biel... moja ulubiona (obok szarości). 



Wybór kolorów to była pestka.... schody zaczęły się dopiero potem...

Dekoracje
W poszukiwaniu pomysłów na wystrój, menu, dekoracje, itp wertowałam internet już od początku maja. Wtedy to pojawiły się na blogu pierwsze wpisy z inspiracjami (TU, TU i TU). Przyznam, że Pinterest to prawdziwa skarbnica cudownie klimatycznych zdjęć, z których można czerpać wiele pomysłów. Ja się nie zawiodłam. 

Wymarzyłam sobie wiszące nad stołem dekoracje. I znalazłam je (co nie było łatwe!!) TU. Sklep ma spory wybór takich wiszących kul i rozet w róznych kolorach.... niestety tylko w podstawowych, więc jeśli ktoś marzy o miętowych dekoracjach, to niestety będzie musiał zrobić je samodzielnie;) Kompozycję stworzyłam sama, a Dziadek Gałązeczki pomagał mocować. To moje pierwsze dekoracje tego typu, ale na pewno nie ostatnie. Takie kule i rozety to naprawdę niewielki wydatek, a mogą całkowicie odmienić wygląd pomieszczenia. Po przyjęciu można je złożyć i schować na kolejne okazje.





No i oczywiście moje ukochane girlandy. Pojawiają się u nas co jakiś czas. Ostatnio w Walentynki (TU). Przyznam, że miałam bardzo ambitny plan uszyć je z materiału, tak, by potem na stałe ozdobiły pokój Gałązeczki. Ale maszyna do szycia pośpiechu nie lubi, więc gdy zabrałam się za szycie wieczorem w przeddzień przyjęcia, to wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Jak na złość zabrakło mi nitki, maszyna wciągała materiał, zgubiłam instrukcję (tak tak...jeszcze się nadal uczę i trudniejsze operacje wymagają jeszcze konsultacji:). No więc się poddałam. Materiałowe girlandy powstaną przy innej okazji, a ja na szybko wyciełam je z papieru. Zawisły na biało-granatowym sznurku (kupiony TU).





Stół
Dekoracje stołowe także nie były dziełem przypadku. I tu znowu nieocenionym źródłem inspiracji był Pinterest. Chciałam, żeby całość nie sprawiała wrażenia chaosu – stąd jednolite etykietki na prawie wszystkich smakołykach.




Takie etykietki nadadzą Waszemu przyjęciu naprawdę wyjątkowy i indywidualny charakter. A ich wykonanie jest banalnie proste. Ja znalazłam w galerii google jakąś niebieską ramkę, wkleiłam ją w Wordzie i dodałam napis. To tyle! Żadnych skomplikowanych Photoshopów:) Na koniec przytwierdziłam karteczki do wykałaczek. I gotowe! 

Marzyłam też o słojach ze smakołykami. W tym celu użyłam słoików, w których na codzień w kuchni przechowuję sól i cukier. Dodałam etykietki na sznureczku i gotowe!


Dość trudno było mi znaleźć elementy dekoracji w miętowym kolorze. Choć na rynku wybór akcesoriów urodzinowych jest spory, to większość, tak jak juz pisałam, w podstawowej gamie kolorów. Dlatego o miętowe dodatki musiałam zadbać sama. Na Allegro kupiłam materiał i uszyłam z niego obrus. Pomimo moich raczkujących umiejętności krawieckich, wyszedł całkiem dobrze (nic dziwnego, w końcu to zwykły prostokąt;))). I będe mogła go wykorzystać w przyszłości. 

 
Znalazłam też miętowe serwetkii, a papierowe rurki kupiłam TU



 W sklepie scandiloft upatrzyłam sobie też małe tabliczki, na których można pisać kredą. Urodzinowo z jedyneczkami, ale w przyszłości mogą posłużyć np. do oznaczania ziół. 



Prawdziwie miętowe kostki lodu.

 Torty
Oba urodzinowe torty Gałązeczki przygotowałam sama. Za każdym razem to dla mnie ogromna frajda, choć mistrzem dekoracji nie jestem. A odkąd odkryłam miejsce, gdzie mogę kupić lukry plastyczne i inne nietypowe akcesoria do tortów (np. wykrawaczkę do literek), to żadnej okazji nie przepuszczę. A kupuję je TU









Niedzielne przyjęcie z Dziadkami było w zasadzie zorganizowane przez restaurację. Ja zadbałam tylko o białe balony, które tak pasowały mi do całego krajobrazu, a jednocześnie wprowadziły lekko dzięcięcy i bajkowy klimat. Kupione TU. Hel zamówiony na Allegro. Trochę było z tym zamieszania, ale efekt końcowy był tego wart. 




I jeszcze tak na koniec trochę z innej beczki, ale padały o to pytania. Nasz balkon. Oryginalnie wyłożony jest okropną niebieską terakotą, której nigdy nie lubiłam. Już jakiś czas marzyłam, że stworzyć z niego dodatkowe letnie pomieszczenie z ogromem poduszek, leżanką, drewnianą podłogą, lampiomami, baldachimem.... Część pomysłów nadal jest w fazie realizacji, ale te najważniejsze zmiany mamy juz za sobą. I to naprawdę niewielkim kosztem. Podłogę kupiłam na przecenie w Ikei (to TA). Doskonale nadaje się na niewymiarowe powierzchnie – płytki można dowolnie łączyć, rozłączać, .... wszystko dziecinnie proste. 

Ława – niska leżanka na balkonie marzyła mi się od dawna. Meble z gotowych kompletów były jednak zdecydowanie za drogie i nigdy nie pasowały rozmiarem do naszej przestrzeni. Tu znowu najprostsze rozwiązania okazały się najlepsze. Otóż nasza leżanka to 4 zwykłe przemysłowe palety, które za darmo dostałam w zaprzyjaźnionym magazynie. Wyłożyłam je starymi poduszkami, przykryłam białą narzutą i dodałam jeszcze kilka jaśków (na razie każdy z innej parafii, ale prace nad nowymi poszewkami trwają:). Franek uwielbia się wdrapywać na naszą leżankę. Przytula się do poduszek i gimnastykuje na tysiąc sposobów. Lubimy tam wylegiwać się w ciepłe letnie wieczory. Taka nasza mała namiastka ogrodu. O balkonie będziemy jeszcze pisać, bo w tym tygodniu pojawią się na nim kolejne zmiany.