22 sierpnia 2013

Mama wraca do pracy




Siedzę i myślę, jak tu zacząć....czy od tłumaczenia się, że oto ja zła matka zostawiam swoje dziecko, czy od okrzyków radości, którymi chcę się dzielić, bo czuję, że zaczyna się w moim życiu coś ważnego ..., czy może od razu przejść do konkretów i zareklamować swoje nowe „zawodowe” dziecko... ech, nadal nie wiem, więc  zacznę od dygresji.

Czas płynie mi w przerażającym tempie (a po 30-tce jeszcze przyspieszył...;). Zupełnie jakby wczoraj siedziałam z wielkim brzuchem na dywanie i dobierałam Gałązeczce pierwsze szpitalne outfity. Uwierzycie, że robiłam nawet zdjęcia tym kompletom, żeby po praniu nadal pamiętać, co z czym połączyłam! Ha ha ha .... śmieję się na samą myśl o tym. A dziś już biegam za całkiem sporym brzdącem, który jak tylko odwrócę głowę, leci do łazienki po suszarkę (to ostatnio zabawa nr 1), albo otwiera kuchenne szuflady i rozsypuje kasze. Jeszcze rok temu przez myśl by mi nie przeszło, że będę prowadziła bloga, który w dodatku stanie się tak ważną częścią mojego życia. 

Życie potrafi nas zaskakiwać, ale w kilku kwestiach jest całkowicie przewidywalne...życie kosztuje i życie jest tylko jedno!Te dwie frazy dźwięczą mi nieustannie w uszach, obijają się jedna o drugą w głowie, jakby wygrać miała ta, co myśli me skradnie. Hamletowskie rozterki nigdy nie były w moim stylu. Wybory przychodziły mi zawsze dość łatwo. Jak nie to, to tamto. Będzie, co będzie. Trochę to lekceważący sposób życia, ale do tej pory świetnie działał. Teraz to wszystko zaczyna się zmieniać. Bo nie mogę ot tak po prostu powiedzieć, że będzie, co będzie, gdy chodzi o życie Gałązeczki, nie mogę tak od niechcenia podjąć jakąś decyzję, bez chociażby chwili zadumy nad jej konsekwencjami. Co będzie jak przegapię to pierwsze z trudem żłożone zdanie? Co poczuję, gdy to nie ze mną powstanie pierwszy samochodzielny rysunek? Co z tego, że będzie wisiał na mojej lodówce, jeśli to nie ja pokażę Gałązeczce jak narysować domek, a jak kotka, ... A jak uda mu się zrobić pierwszego fikołka, a ja tego nie zobaczę? A życie jest tylko jedno! Te i milion innych pytań bombarduje moje myśli w każdej sekundzie. Odpowiedż jest jedna: nie wiem! Choć na samą myśl robi mi się trochę smutno. 

Ale Ameryki nie odkryję, jeśli się przyznam, że w blogosferze Kasią Tusk nie jestem. Na Gałązkach nie znajdziecie notek sponsorowanych, banerów, linków do reklam. Na blogu nie zarabiam. Przyznaję to bez żalu, bo blog od początku miał inną funkcję... miał być inspiracją, kawałkiem naszego świata, który mogłabym posłać jednym kliknięciem na drugi koniec świata. Nie kolekcjonuję fanów, choć przyznaję, że jeden konkurs zorganizowałam, ale raczej, żeby przekonać się, jak to jest. 

I jak tu być i nie być jednocześnie? Jak tu zjeść ciastko i mieć ciastko? Nie da się:( Choć moje optymistyczne podejście do życia podpowiada mi, że można zjeść kawałek ciastka i nadal mieć kawałek. Inny wprawdzie, ale mieć! A inny nie znaczy wcale gorszy!

A poza tym ciągnęło mnie strasznie. Chciałam poczuć tę codzienną bieganinę, ten pęd, lekki stres, czy się uda, czy zdążę....chcialam móc Tacie Gałązce opowiadać wieczorami o czymś innym, niż tylko kolejnej rozlanej zupie, o kolejnej grze w piłkę czy o kolejnym ząbku. Chciałam móc opowiadać mu o tym, co planuję, pytać się jak rozwiązać problemy, jak przezwyciężyć trudności. Chciałam mieć znów wypełniony po brzegi kalendarz, zabazgrane strony. Chciałam mieć pewność, że jak kiedyś Gałązeczka dorośnie, to ja nie usiądę tak po prostu nad tą rozlaną zupą i w rozpaczy nie będę musiała szukać sobie zajęcia. 

I tak zapadła decyzja! Że chcę mieć kawałek ciastka, nie całe ciastko. Że kawałek wystarczy, bo przecież to może być całkiem spory kawałek. 

Zaczęły się więc poszukiwania .... bo nie chciałam wracać do pracy sprzed czasów Gałązeczkowych. Jej tryb był morderczy. Długie godziny spędzone za biurkiem dały mi sie we znaki. I co z tego, że to biurko super wypasione, że krzesło wygodne, że kawa pod nosem. Żadne biurko, żadne krzesło, czy żadna kawa nie wynagrodziłyby mi godzin, które zamiast z Gałązeczką musiałabym spędzić nad papierami. 

Poszukiwania trwały nadal.... myślałam intensywnie, co mogłabym robić. Nie miejcie wrażenia, że zaczynałam od zera. Moje poszukiwania polegały raczej na ocenie, czy to, co umiem robić można jakoś wykorzystać, i ewentualnie do czego. Czy pozwoli mi nadal spędzać dużo czasu z Gałązeczką? Czy umożliwi zajęcie się domem? Czy będę miała czas na spacer, na wyjście na basen, czy na leniwy wieczór? 

A przede wszystkim zastanawiałam się, czy LUBIĘ to, co może stać się potencjalnie moim nowym zajęciem. Znam już smak pracy wykonywanej z niechęcią, myśląc tylko o jej końcu. Zero satysfakcji i zero motywacji. Takiego błędu nie chciałam powtarzać. Wtedy zrozumiałam, że najlepszą pracą jest zajmowanie się swoją pasją. Jeśli kochasz to, co robisz, to nawet perspektywa „braku całego ciasteczka” nie jest taka straszna.  Wiedziałam, że łatwiej będzie mi rozstać się z Gałązeczką, gdy na biurku czekały będą nowe, ciekawe projekty, że zadowolona mama wracająca do swojego dziecka jest 100 razy fajniejsza niż mama, która zgubiła się trochę w rutynie dnia i przyjemność sprawia jej już tylko drzemka malucha. Chciałam odnaleźć w sobie energię, którą potem mogłabym się dzielić z Gałązeczką.

Taki ze mnie od zawsze bardzo porządnicki zwierz. W szkole same piątki od góry do dołu, czerwone paski, wyróżnienia. W domu grzeczna. Żadnym startych kolan, żadnych zbitych szyb (no, może poza jedną w podstawówce, w łazience chłopców, ale do dziś nikt nie wie, że to ja:)))). Szkoła wzorowo. Potem studia ... językowe, prawnicze. Bo trzeba mieć dobry zawód. Bo ambicja pchała do przodu. Bo wydawało mi się, że w ołówkowej spódnicy, białej koszuli i na szpilkach będą się czuła na swoim miejscu. Spróbowałam i teraz wiem, że szpilki to u mnie niepotrzebny wydatek. Niczego jednak nie żałuję. Czego się nauczyłam, to moje. Musiałam przejśc tę swoją (długą!!) drogę, żeby samej sie przekonać, że największą przyjemność sprawia mi to, co od zawsze było tylko moją pasją.... i to nawet niepraktykowaną ....nierozwijaną. Taką pasją ukrytą, o której lubiłam myśleć, marzyć, ale na którą w tym wzorowym życiu nie zawsze miałam czas. 

I nawet teraz trudno znaleźć mi jedno słowo, by tę pasję nazwać. Moda... to nie wszystko, sztuka .... to znowu zbyt poważnie brzmi....wnętrza... to część tylko. Moją pasją było chyba dawanie upustu mojej wyobraźni w kwestii estetyki. Zawiłe to trochę, ale juz tłumaczę. Od zawsze lubiłam twórcze zajęcia... gdzie coś trzeba było zrobić, zlepić, pomalować, pozmieniać. Lubię oglądać piękne rzeczy, dobierać je, potem zmieniać i zaczynać od nowa. To sprawia mi przyjemność. Od zawsze miałam fazę na ciągłe przemeblowywanie. Zmieniałam kolory, style, dodatki. Nieprofesjonalnie, bez wiedzy, doświadczenia,kierując się tylko tym, co w głowie mi siedzi. Sofa wędrowała po salonie nawet, gdy byłam w 8 miesiącu ciąży (za co mi się nieźle oberwało od Taty Gałązki... słusznie zresztą;). Potem, wraz z narodzinami Gałązeczki moje pole do popisu trochę się powiększyło ... o całkiem sporą szafę Franka. Wybieranie ubranek, łączenie ich w zestawy to tylko czubek góry lodowej. Tu chodziło (i chodzi nadal i chodzić będzie zawsze:) o zaspakajanie potrzeb estetycznych. O kontakt z pięknymi rzeczami. O te myśli i motyle w brzuchu, co nachodzą mnie, jak widzę coś ładnego. Czy to wnętrze, czy ubranie, czy książka, czy obraz....to już nie tak istotne. 

Tą pasję rozwijałam zawsze „po godzinach”, klejąc album ze zdjęciami, własnoręcznie wycinająć świąteczne kartki, piekąc domki z piernika lub szyjąc girlandy. Postanowiłam jednak, że „po godzinach” wolę odpoczywać, spędzać czas z Frankiem, a pasją zajmować się w ciągu dnia i dzielić się z innymi tym, co tak mi się podoba.

To cut a long story short... (bo pomysłów przeróżnych po drodze multum….nawet domeny juz nieraz rejestrowałam;) właśnie z chęci dzielenia się swoją pasją z innymi, postanowiłam otworzyć sklep.... z pięknymi rzeczami, za które sprzedałabym duszę! Na samą myśl, że będę je oglądać codziennie, że wybierać będę nowe kolekcje, nowe przedmioty, że ustawię je w witrynie, ciary mam na plecach całych!! A jak zaczynam marzyć o tym, że może po drodze spotkam ludzi, którzy taką samą miłością darzyć będą te rzeczy, którzy będą takim moim estetycznym zwierciadłem, i może inspiracją nową dla mnie, to ciary mam już nie tylko na plecach, ale i na całym ciele. 

Zawsze z lekką zazdrością patrzyłam na tych, którzy kochali swoją pracę, którzy z iskrą w oku opowiadali o tym, co robią, co planują. Chciałam tak samo! Teraz wreszcie czuję, że ze mną może być podobnie. 

Ale o sklepie ..... to będzie miejsce, w którym zostawię kawałek mojej duszy. Dlatego wybierając nazwę (a pomysły przychodziły mi przeróżne) uznałam, że tylko jedna nazwa do niego pasuje... i do mnie jednocześnie. Gałązki! 

A co z blogiem? Blog zostanie! Choć pod domeną www.galazki.pl już (mam nadzieję) wkrótce będzie można zrobić pierwsze zakupy, to blog zawsze będzie cześcią gałązkowego świata. Franek nadal będzie w nim głównym bohaterem. Formuła bloga tez na razie nie ulegnie zmianie. Podobne wpisy ze Świata Małej Gałązki, Mummy loves, ciuchosfery... Nic nie będzie się ze sobą kłóciło, bo przecież po każdej stronie nadal stoję ja... ta sama... z tymi samymi upodobaniami ... nieustannie zauroczona tym samym stylem. Tylko pewnie niektóre rzeczy, które pokażę na blogu będzie można kupić tylko u nas! Czuję, że to będzie moje idealne połączenie....moje dwa kawałki ciasteczka!

A co dokładnie! Gałązki jeszcze raczkują, więc zaczynamy małymi kroczkami. Od ubranek. Na początku w sklepie pojawią się dwie marki, które pokochałam od pierwszego wejrzenia. 100% naszego stylu. Sama chętnie wcisnełabym się w parę egzemplarzy;)

Minimu – chic for kids
To włoska marka, na którą trafiłam całkiem przypadkiem na jednym z zagranicznych blogów. Potem jeszcze z przyspieszonym biciem serca wiele razy przeglądałam ich kolekcje. A kiedy zapadła decyzja, co do przyszłości Gałązek, napisałam do Włoch do Micheli. Odpisała! Teraz już wiecie, że nasza wakacyjna lokalizacja nie była przypadkiem. Pojechaliśmy wypocząć, ale również po to, bym mogła spotkać się właśnie z Michelą. Powiem Wam tylko, że jak usiadłyśmy i zaczełyśmy rozmawiać, to poczułam się, jakbym rozmawiała ze starą dobrą koleżanką, a jak pokazała mi najnowszą kolekcję, to nogi się pode mną ugieły. Usiadłyśmy obie na podłodze i jak dzieci zaczełyśmy się zachwycać tkaninami, krojem.... ja to zrozumiałe, ale ona ... przecież ona to wymyśliła! Tak właśnie poznaje się ludzi z pasją!

O Minimu na blogu zrobi się jeszcze głośno. 

Na razie zapraszam Was na „swieżutką fejsbukową bułęczkę”;)), czyli polski fan page Minimu: https://www.facebook.com/pages/Minimu-chic-for-kids-Polska/585689271473770/
 
Jeśli kochacie przygaszone barwy, kropki, paski i słodkie detale, to z pewnością pokochacie Minimu całym sercem, zupełnie tak, jak ja!

Organic ZOO
W ubrankach Organic ZOO mieliście już okazję oglądać Franka tu i tu. Zaczęło się podobnie. Którejś marcowej nocy buszowałam po internecie i trafiłam na wąsy. A że faza na wąsy dopiero nabierała rozpędu, to kupiłam. I zakochałam się na maksa. Znowu naturalne barwy, ciekawe nadruki, a przede wszystkim wygoda. No i Organic ZOO to ubranka uszyte w 100% z organicznej bawełny. 

Historia lubi sie powtarzać! Tak jak z Minimu, napisałam maila do Pauliny, która okazała się być Polką:) Bardzo szybko nawiązałyśmy nić porozumienia. Potem szybkie spotkanie! Ha! Teraz już wiecie, dlaczego i Londyn znalazł się na naszym wakacyjnym szlaku:) Ubranka Organic ZOO pojawią się w Polsce pewnie już we wrześniu. Pierwsze zamówienie jest już gotowe. 

Gotowy też jest nasz fan page: https://www.facebook.com/OrganicZOO?ref=hl

Chciałabym, żeby na Gałązkach pojawiły się kiedyś również inne marki ubranek (mam już kilka upatrzonych!), elementy wyposażenia wnętrz, może zabawki... nie wiem.  Ale wiem na pewno, że cokolwiek się pojawi, będzie w gałązkowym stylu. Takie nasze! Coś, co zachwyci mnie, serce mi skradnie. Bo chciałabym bardzo, żeby Gałązki nie stały się Media-Marktem, TK MAXXem czy Smykiem. Chciałabym, żeby były miejscem z duszą. Moją duszą!

No i najważniejsze! Dzięki nowej formule Gałązek zamiast siedzieć w ołówkowej spódnicy nad stosem papierów, będę siedziała z Frankiem (i telefonem w ręku;)) w piaskownicy. Albo przy stole będę pakowała kolejną paczuszkę, pokazując Frankowi jak narysować domek i kota... Wszystkie ciastka zostają w grze;))

Nasmarowałam Wam niezłe wypracowanie. To na pocieszenie kilka zdjęć z kolekcji Minimu i Organic ZOO. Te ubranka juz wkrótce można będzie kupić na Gałązkach:) Piękne prawda?

Minimu - chic for kids : kolekcja jesień/zima 2013/3014








Organic ZOO - kolekcja 2013










19 sierpnia 2013

Bugaboo Bee Plus





Dzisiaj trochę obiecanego tzw. product placement. Do Pani Gadżet mi jeszcze daleko, więc wybaczcie ułomność opisu i zdjęć.  Jeszcze teraz, siedząc i pisząc, przychodzą mi do głowy zdjęcia, których nie zrobiłam, a które warto byłoby pokazać. A jutro odkryję zapewne nową funcjonalność, o której w tej notce nie wspomnę. No cóż... better done than perfect ... to ostatnimi czasy moje hasło przewodnie.  Ale do rzeczy....

... a właściwie O rzeczy, a dokładniej o naszej nowej spacerówce... wózku Bugaboo Bee Plus (lub jak w gałązkowym slangu nazywa go Tata Gałązka „Jabadabadu”;))) 




 Z zakupem lekkiej spacerówki wstrzymywaliśmy się długo. Wszyscy rówieśnicy Gałązeczki śmigali już w parasolkach, a ja wciąż uziemiona przed ekranem komputera przeglądałam w kółko różne modele i dumałam... czy ważniejsze, żeby miała duży kosz, czy ma być mała po złożeniu, czy z wygodnym siedziskiem czy poręczną rękojeścią... i tak w kółko! Oglądanie w realu tez niewiele pomogło. 

Pomogły upały! W 30 stopniowej temperaturze pot spływał mi po skroniach na samą myśl wyjścia z domu z naszą Teutonią. Choć z wyboru T. jako pierwszego wózka jestem nadal zadowolona, nasze potrzeby się po prostu zmieniły. Teutonia z opcją 3 w 1 miała wiele plusów: stosunkowo wąski stelaż, który mieścił się w wąskich alejkach bazarku, małych sklepikach; średniej wielkości gondolka z mięciutkim środkiem, wygodna przestronna spacerówka z podpórką na nóżki, duży kosz i kółka idealne na zimowe zaspy. T. jest jednak wózkiem z kategorii „wagi ciężkiej” (choć w swej kategorii i tak jednym z najlżejszych). Ja szukałam czegoś, co byłoby leciutkim i zwrotnym miejskim wózkiem na krótkie spacery. I znalazłam! Teraz po miesiącu testowania mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że to był strzał w 10!

Nie będę Was zanudzać ogólnym opisem, że BB to spacerówka, że komfortowa, że praktyczna....przejdę od razu do szczegółów, które zadecydowały o wyborze wózka.

Design
Nie ukrywam, że to zawsze jeden z ważnych elementów, który biorę pod uwagę przy wyborze .... nie tylko wózka. Jak mam coś juz kupić, to to coś musi mi się podobać. Inaczej po prostu nie lubię tego używać i jeśli nie jest niezbędne, to prędzej czy później ląduje w kącie. Może nazwiecie to próżnością... dla mnie to raczej przywiązanie do estetyki. 

Dodatkowo, lubię rzeczy oryginalne, które nie trącą sztampą. Taki jest z pewnością Bugaboo Bee Plus. Nietypowy kształt stelaża podobał mi się od zawsze. Babcia Gałązeczki zawsze mówi, że jak coś wybiorę, to musi być „fikuśne”:) Więc nasz wózek tez był skazany na „fikuśność”.


Duży kosz
Wielkość kosza była dla mnie kluczową kwestią. Nasz codzienny rytuał spacerowo-domowy zakłada wizytę na bazarku. Odkąd jestem z Gałązeczką w domu bardzo rzadko robię zakupy w supermarkecie.... z różnych powodów...  wizyta w supermarkecie to 2-3 godziny wyjęte z życia... a najświeższe warzywa i owoce, wędliny i naturalne pieczywo najlepiej kupować w małych sklepikach lub wprost od rolników. A że bazarek mamy rzut beretem od domu, to jesteśmy tam codziennie. Potrzebowałam więc wózka, który pomieści wszystkie torby oraz nie urwie się pod ciężarem ziemniaków i butelek z wodą. 

Kosz w BBP jest naprawdę przestronny. To nasza prawdziwa skrzynia skarbów. Oprócz zakupów wozimy tam także zabawki, torbę śniadaniową, aparat, torebkę mamy, pieluszki, chusteczki.... nie mam żadnej torby na rękojeści, dlatego wszystko, co potrzebne musi zmieścić się pod wózkiem. 

A teraz najlepsze....rozwiązanie, które odkryłam dopiero po zakupie. W BBP siedzenie wózka unosi się do pozycji pionowej dzięki czemu dostęp do rzeczy w koszu jest zawsze bardzo łatwy. Z tej funkcji korzystam bardzo często, nawet wtedy, gdy Gałązeczka siedzi w wózku. Torby sięgają aż pod samo siedzenie, które dodatkowo utrzymuje je na miejscu. W koszu z łatwością zmieściła się nawet torba na laptopa. Za to naprawdę wielki plus.... znawcą wózków wszelakich nie jestem, ale nie spotkałam się jeszcze z takim, który miałby podobną funkcję. 





Pojedyncza rękojeść
Długo zastanawiałam się, czy to dla mnie ważne, żeby wózek miał pojedynczą rękojeść. Teraz wiem, że tak....jakbyście nas spotkali przechadzających się w parku, to zobaczylibyście taki obrazek....Gałązeczka rozłożona w wózku z ciekawością obserwuje otaczający go świat, a wózek pcha Mama Gałązką, która .... albo rozmawia przez telefon zdalnie załatwiając wszystkie sprawy (szczególnie ostatnio, gdy trzeba zadzwonić do majstra, do sklepu spytac, czy parapety już są, do Babci, czy przyjść może po południu popilnować Gałązeczki, ...) albo coś nastawia w aparacie, albo po prostu idzie, delektując się ciepłą pogodą, świeżym powietrzem , sącząc swoją ulubioną Coca Colę. A jak akurat wraca z bazarku po większych zakupach, to w dłoni jeszcze dodatkowe siatki. I zawsze pchając wózek tylko jedną ręką. Dwie oddzielne rękojeści nie zdałyby u nas egzaminu. 

Rękojeść ma też zabezpieczający pasek, który zakłada się na nadgarstek i który pomaga kontrolować wózek nawet, gdy nie trzymamy rękojeści lub jako zabezpieczenie na wypadek, gdyby rękojeść wyślizgnęła nam się z dłoni. To bardzo praktyczne rozwiązanie, z którego korzystam szczególnie jak stoję na skrzyżowaniu na światłach, przy bankomacie odwracam na chwilę głowę, ...


 Siedzenie z możliwością zmiany ustawienia wobec kierunku jazdy
Na możliwości zmiany ułożenia siedzenia względem kierunku jazdy też bardzo mi zależało. W Teutonii Gałązeczka siedziała tyłem do kierunku jazdy. W BBP jeździmy zazwyczaj przodem, ale czasem zdarzają się takie sytuacje, że Franek chce nas widzieć.... szczególnie jak spacerujemy całą rodziną.... tak jakby chciał być wtedy częścią toczącej się rozmowy. 


Poniżej siedzisko w trzech pozycjach. Na zdjęciach widać też, jak spory jest kosz.




Waga i manewrowanie
Bugaboo Bee Plus to wózek bardzo lekki, zwrotny i wygodny w użyciu. Nie trzeba wkładać większego wysiłku w pchanie, bo BBP dosłownie sam sunie po podłożu. Przednie kółka są obrotowe, choć można je unieruchomić. 

Jak to jednak bywa z lekkimi wózkami, w momencie, gdy znacznie go obciążymy, jego manewrowość trochę spada. Nie jest to jednak wada konstrukcyjna wózka, a po prostu prawa fizyki. Lekki wózek stawia po prostu mniejszy opór i trzeba włożyć więcej siły w jego prowadzenie. Mowa tu jednak o znacznym obiążeniu. Codzienne zakupy nie wpływają negatywnie na zwrotność wózka.

Ta lekkość i delikatnośc wózka sprawia też wrażenie, że BBP jest bardzo kruchy. Z pewnością nie jest takim taranem jak nasza Teutonia. Trzeba uważać na większych nierównościach, bo małe kółka mogą nie dać sobie rady z większą dziurą w drodze, kamieniem... ale to przecież wózek miejski, nie wymagajmy cudów. Jak zawsze coś za coś. W tym przypadku lekkość i zwrotność za delikatność.

Kółka
Stosunkowo małe, amortyzowane. Trochę sią bałam takich małych kółek o wąskim bieżniku. Na razie niepotrzebnie. Zobaczymy, co będzie jesienią.

Ale największą zaletą kółek jest ich cichość. Maclareny tez były na mojej liście typów, ale miałam wrażenie, że ich kółka są nieco rozklekotane. Latają w każdą stronę. Dudnią. W BBP nie ma tego problemu. Kółka nie turkoczą nawet na kostce. Amortyzatory łagodzą trzęsienie i nierówności terenu. Wózek jest po prostu cichutki i „płynny”.



Moje dodatkowe must have’y
Uchyt na kubek lub butelkę – niestety nie jest w zestawie. Musiałam więc dokupić oddzielnie, ale nie żałuję. Korzystamy z niego bardzo często, szczególnie teraz, kiedy kubeczek z wodą nosimy ze sobą wszędzie. Wreszcie dziubek nie jest zapiaszczony, nic sie nie wylewa na rzeczy w koszu. Rozmiarem pasuje pod różne butelki.



Łatwość obsługi
Z tą łatwością obsługi to tak różnie. Teraz, po miesiącu, wiem już wszystko co i jak, gdzie kliknąć, gdzie złapać, jak złożyć... ale na początku nie obeszłabym się bez instrukcji. Myślę, że to jednak kwestia rozbudowanej funkcjonalności i niecodziennych rozwiązań konstrukcyjnych, które tak mi się spodobały. Przedłużanie siedziska i podnoszenie daszku, zmiana pozycji siedziska... wszystko to niby intuicyjne, dobrze oznaczone, ale lepiej przeczytać instrukcję, zamiast szarpać się niepotrzebnie:)

BBP ma jeszcze wiele funkcji, których nie wykorzystuję i całą masę akcesoriów, którze można dokupić, łącznie z funkcją godolki dla niemowląt, czy śpiworkiem.

Cena
Odstrasza, wiem. Ale za jakość się płaci. To wiadomo nie od dziś. Pewnie powiecie, że są inne wózki, równie dobre, ale tańsze. Pewnie i są. Ale żaden nie zachwycił mnie tak jak BBP. Na żadnego tak wytrwale nie odkładam oszczędności do skarbonki. I o żadnym tak długo nie marzyłam. W tej kwestii to tyle:)

Można poszukać czegoś na rynku wtórnym, tylko tu ...uwaga. Często w ogłoszeniach pojawiają się modele Bugaboo Bee sprzed 2010. W 2010 roku wprowadzono aktualny model BB Plus, który posiada trochę udogodnień.... między innymi większe siedzisko. Zobaczcie na zdjęciu. Bugaboo Bee Plus po lewej.


Nasza pszczoła!











I w podróży...

18 sierpnia 2013

Szal



Jak szal to szał!! Stylówkom z szalem mówimy zdecydowane TAK! A jak widać szalowo nosimy się nawet w letnie chłodne wieczory. Niektórzy pewnie uznają, że szal jako dodatek w chłopięcej garderobie nadaje małym mężczyznom zniewieściałego wyglądu. Może i tak.... choć kiedyś szal lub tzw. fulary były kwintesencją męskiej elegancji.. 

Szale pasują do wielu stylizacji....zarówno sportowych jak i eleganckich. My nosimy je zarówno do grubych swetrów, koszul, jak i zwykłych t-shirtów... do jeansów, streetowych spodni dresowych, legginsów, ale przede wszystkim do płaszczyków i kurtek. Jako dodatek szal jest jak kropka nad i, albo wisienka na torcie... jak kto woli:) Ale jedno jest pewne.... mamy go zawsze przy sobie!

Lubię, gdy szal jest pokaźnych rozmiarów i skręcony otula całą szyję Gałązeczki. Dziecięce szale dostępne w sklepach są z reguły niewielkie, dlatego Gałązeczka nosi zazwyczaj szale wyszukane w szafie Mamy lub Taty (jak choćby ten szary na zdjęciu).

Dziś dosłownie kilka zdjęć (bo siły pochłonęła mi notka o naszej pszczole.... która juz jutro na blogu). Na końcu zamieściłam też moje jesienne typy. Na szale polujemy zazwyczaj w ZARZE (nie tylko na dziale dla chłopców) i OKAIDI lub w zwykłych sklepach z odzieżą i dodatkami dla dorosłych.

Co-my-tu-mamy:
szal - TATUUM (kolekcja damska)
koszula w granatową kratę - H&M
jeansy - Reserved
koszula w beżową kratę, buty - ZARA







A to nasze jesienne typy.... 

ZARA


 OKAIDI