Siedzę i myślę, jak tu
zacząć....czy od tłumaczenia się, że oto ja zła matka zostawiam swoje dziecko,
czy od okrzyków radości, którymi chcę się dzielić, bo czuję, że zaczyna się w
moim życiu coś ważnego ..., czy może od razu przejść do konkretów i
zareklamować swoje nowe „zawodowe” dziecko... ech, nadal nie wiem, więc zacznę od dygresji.
Czas płynie mi w przerażającym
tempie (a po 30-tce jeszcze przyspieszył...;). Zupełnie jakby wczoraj
siedziałam z wielkim brzuchem na dywanie i dobierałam Gałązeczce pierwsze
szpitalne outfity. Uwierzycie, że robiłam nawet zdjęcia tym kompletom, żeby po
praniu nadal pamiętać, co z czym połączyłam! Ha ha ha .... śmieję się na samą
myśl o tym. A dziś już biegam za całkiem sporym brzdącem, który jak tylko
odwrócę głowę, leci do łazienki po suszarkę (to ostatnio zabawa nr 1), albo
otwiera kuchenne szuflady i rozsypuje kasze. Jeszcze rok temu przez myśl by mi
nie przeszło, że będę prowadziła bloga, który w dodatku stanie się tak ważną
częścią mojego życia.
Życie potrafi nas zaskakiwać, ale
w kilku kwestiach jest całkowicie przewidywalne...życie kosztuje i życie jest
tylko jedno!Te dwie frazy dźwięczą mi nieustannie w uszach, obijają się jedna o
drugą w głowie, jakby wygrać miała ta, co myśli me skradnie. Hamletowskie
rozterki nigdy nie były w moim stylu. Wybory przychodziły mi zawsze dość łatwo.
Jak nie to, to tamto. Będzie, co będzie. Trochę to lekceważący sposób życia,
ale do tej pory świetnie działał. Teraz to wszystko zaczyna się zmieniać. Bo
nie mogę ot tak po prostu powiedzieć, że będzie, co będzie, gdy chodzi o życie Gałązeczki,
nie mogę tak od niechcenia podjąć jakąś decyzję, bez chociażby chwili zadumy
nad jej konsekwencjami. Co będzie jak przegapię to pierwsze z trudem żłożone
zdanie? Co poczuję, gdy to nie ze mną powstanie pierwszy samochodzielny
rysunek? Co z tego, że będzie wisiał na mojej lodówce, jeśli to nie ja pokażę
Gałązeczce jak narysować domek, a jak kotka, ... A jak uda mu się zrobić
pierwszego fikołka, a ja tego nie zobaczę? A życie jest tylko jedno! Te i
milion innych pytań bombarduje moje myśli w każdej sekundzie. Odpowiedż jest
jedna: nie wiem! Choć na samą myśl robi mi się trochę smutno.
Ale Ameryki nie odkryję, jeśli
się przyznam, że w blogosferze Kasią Tusk nie jestem. Na Gałązkach nie
znajdziecie notek sponsorowanych, banerów, linków do reklam. Na blogu nie
zarabiam. Przyznaję to bez żalu, bo blog od początku miał inną funkcję... miał
być inspiracją, kawałkiem naszego świata, który mogłabym posłać jednym kliknięciem
na drugi koniec świata. Nie kolekcjonuję fanów, choć przyznaję, że jeden
konkurs zorganizowałam, ale raczej, żeby przekonać się, jak to jest.
I jak tu być i nie być jednocześnie?
Jak tu zjeść ciastko i mieć ciastko? Nie da się:( Choć moje optymistyczne
podejście do życia podpowiada mi, że można zjeść kawałek ciastka i nadal mieć
kawałek. Inny wprawdzie, ale mieć! A inny nie znaczy wcale gorszy!
A poza tym ciągnęło mnie
strasznie. Chciałam poczuć tę codzienną bieganinę, ten pęd, lekki stres, czy
się uda, czy zdążę....chcialam móc Tacie Gałązce opowiadać wieczorami o czymś
innym, niż tylko kolejnej rozlanej zupie, o kolejnej grze w piłkę czy o
kolejnym ząbku. Chciałam móc opowiadać mu o tym, co planuję, pytać się jak
rozwiązać problemy, jak przezwyciężyć trudności. Chciałam mieć znów wypełniony
po brzegi kalendarz, zabazgrane strony. Chciałam mieć pewność, że jak kiedyś
Gałązeczka dorośnie, to ja nie usiądę tak po prostu nad tą rozlaną zupą i w
rozpaczy nie będę musiała szukać sobie zajęcia.
I tak zapadła decyzja! Że chcę
mieć kawałek ciastka, nie całe ciastko. Że kawałek wystarczy, bo przecież to
może być całkiem spory kawałek.
Zaczęły się więc poszukiwania
.... bo nie chciałam wracać do pracy sprzed czasów Gałązeczkowych. Jej tryb był
morderczy. Długie godziny spędzone za biurkiem dały mi sie we znaki. I co z
tego, że to biurko super wypasione, że krzesło wygodne, że kawa pod nosem.
Żadne biurko, żadne krzesło, czy żadna kawa nie wynagrodziłyby mi godzin, które
zamiast z Gałązeczką musiałabym spędzić nad papierami.
Poszukiwania trwały nadal....
myślałam intensywnie, co mogłabym robić. Nie miejcie wrażenia, że zaczynałam od
zera. Moje poszukiwania polegały raczej na ocenie, czy to, co umiem robić można
jakoś wykorzystać, i ewentualnie do czego. Czy pozwoli mi nadal spędzać dużo
czasu z Gałązeczką? Czy umożliwi zajęcie się domem? Czy będę miała czas na
spacer, na wyjście na basen, czy na leniwy wieczór?
A przede wszystkim zastanawiałam
się, czy LUBIĘ to, co może stać się potencjalnie moim nowym zajęciem. Znam już
smak pracy wykonywanej z niechęcią, myśląc tylko o jej końcu. Zero satysfakcji
i zero motywacji. Takiego błędu nie chciałam powtarzać. Wtedy zrozumiałam, że
najlepszą pracą jest zajmowanie się swoją pasją. Jeśli kochasz to, co robisz,
to nawet perspektywa „braku całego ciasteczka” nie jest taka straszna. Wiedziałam, że łatwiej będzie mi rozstać się z
Gałązeczką, gdy na biurku czekały będą nowe, ciekawe projekty, że zadowolona
mama wracająca do swojego dziecka jest 100 razy fajniejsza niż mama, która
zgubiła się trochę w rutynie dnia i przyjemność sprawia jej już tylko drzemka
malucha. Chciałam odnaleźć w sobie energię, którą potem mogłabym się dzielić z
Gałązeczką.
Taki ze mnie od zawsze bardzo
porządnicki zwierz. W szkole same piątki od góry do dołu, czerwone paski,
wyróżnienia. W domu grzeczna. Żadnym startych kolan, żadnych zbitych szyb (no,
może poza jedną w podstawówce, w łazience chłopców, ale do dziś nikt nie wie,
że to ja:)))). Szkoła wzorowo. Potem studia ... językowe, prawnicze. Bo trzeba
mieć dobry zawód. Bo ambicja pchała do przodu. Bo wydawało mi się, że w
ołówkowej spódnicy, białej koszuli i na szpilkach będą się czuła na swoim miejscu.
Spróbowałam i teraz wiem, że szpilki to u mnie niepotrzebny wydatek. Niczego jednak
nie żałuję. Czego się nauczyłam, to moje. Musiałam przejśc tę swoją (długą!!)
drogę, żeby samej sie przekonać, że największą przyjemność sprawia mi to, co od
zawsze było tylko moją pasją.... i to nawet niepraktykowaną ....nierozwijaną.
Taką pasją ukrytą, o której lubiłam myśleć, marzyć, ale na którą w tym wzorowym
życiu nie zawsze miałam czas.
I nawet teraz trudno znaleźć mi
jedno słowo, by tę pasję nazwać. Moda... to nie wszystko, sztuka .... to znowu
zbyt poważnie brzmi....wnętrza... to część tylko. Moją pasją było chyba dawanie
upustu mojej wyobraźni w kwestii estetyki. Zawiłe to trochę, ale juz tłumaczę.
Od zawsze lubiłam twórcze zajęcia... gdzie coś trzeba było zrobić, zlepić,
pomalować, pozmieniać. Lubię oglądać piękne rzeczy, dobierać je, potem zmieniać
i zaczynać od nowa. To sprawia mi przyjemność. Od zawsze miałam fazę na ciągłe
przemeblowywanie. Zmieniałam kolory, style, dodatki. Nieprofesjonalnie, bez
wiedzy, doświadczenia,kierując się tylko tym, co w głowie mi siedzi. Sofa
wędrowała po salonie nawet, gdy byłam w 8 miesiącu ciąży (za co mi się nieźle
oberwało od Taty Gałązki... słusznie zresztą;). Potem, wraz z narodzinami
Gałązeczki moje pole do popisu trochę się powiększyło ... o całkiem sporą szafę
Franka. Wybieranie ubranek, łączenie ich w zestawy to tylko czubek góry
lodowej. Tu chodziło (i chodzi nadal i chodzić będzie zawsze:) o zaspakajanie
potrzeb estetycznych. O kontakt z pięknymi rzeczami. O te myśli i motyle w
brzuchu, co nachodzą mnie, jak widzę coś ładnego. Czy to wnętrze, czy ubranie,
czy książka, czy obraz....to już nie tak istotne.
Tą pasję rozwijałam zawsze „po
godzinach”, klejąc album ze zdjęciami, własnoręcznie wycinająć świąteczne
kartki, piekąc domki z piernika lub szyjąc girlandy. Postanowiłam jednak, że „po
godzinach” wolę odpoczywać, spędzać czas z Frankiem, a pasją zajmować się w ciągu
dnia i dzielić się z innymi tym, co tak mi się podoba.
To cut a long story short... (bo
pomysłów przeróżnych po drodze multum….nawet domeny juz nieraz rejestrowałam;)
właśnie z chęci dzielenia się swoją pasją z innymi, postanowiłam otworzyć
sklep.... z pięknymi rzeczami, za które sprzedałabym duszę! Na samą myśl, że
będę je oglądać codziennie, że wybierać będę nowe kolekcje, nowe przedmioty, że
ustawię je w witrynie, ciary mam na plecach całych!! A jak zaczynam marzyć o
tym, że może po drodze spotkam ludzi, którzy taką samą miłością darzyć będą te
rzeczy, którzy będą takim moim estetycznym zwierciadłem, i może inspiracją nową
dla mnie, to ciary mam już nie tylko na plecach, ale i na całym ciele.
Zawsze z lekką zazdrością
patrzyłam na tych, którzy kochali swoją pracę, którzy z iskrą w oku opowiadali
o tym, co robią, co planują. Chciałam tak samo! Teraz wreszcie czuję, że ze mną
może być podobnie.
Ale o sklepie ..... to będzie
miejsce, w którym zostawię kawałek mojej duszy. Dlatego wybierając nazwę (a
pomysły przychodziły mi przeróżne) uznałam, że tylko jedna nazwa do niego
pasuje... i do mnie jednocześnie. Gałązki!
A co z blogiem? Blog zostanie! Choć pod domeną www.galazki.pl już (mam nadzieję) wkrótce
będzie można zrobić pierwsze zakupy, to blog zawsze będzie cześcią gałązkowego
świata. Franek nadal będzie w nim głównym bohaterem. Formuła bloga tez na razie
nie ulegnie zmianie. Podobne wpisy ze Świata Małej Gałązki, Mummy loves,
ciuchosfery... Nic nie będzie się ze sobą kłóciło, bo przecież po każdej
stronie nadal stoję ja... ta sama... z tymi samymi upodobaniami ... nieustannie
zauroczona tym samym stylem. Tylko pewnie niektóre rzeczy, które pokażę na
blogu będzie można kupić tylko u nas! Czuję, że to będzie moje idealne
połączenie....moje dwa kawałki ciasteczka!
A co dokładnie! Gałązki jeszcze raczkują, więc zaczynamy małymi
kroczkami. Od ubranek. Na początku w sklepie pojawią się dwie marki, które pokochałam
od pierwszego wejrzenia. 100% naszego stylu. Sama chętnie wcisnełabym się w
parę egzemplarzy;)
Minimu – chic for kids
To włoska marka, na którą
trafiłam całkiem przypadkiem na jednym z zagranicznych blogów. Potem jeszcze z
przyspieszonym biciem serca wiele razy przeglądałam ich kolekcje. A kiedy
zapadła decyzja, co do przyszłości Gałązek, napisałam do Włoch do Micheli.
Odpisała! Teraz już wiecie, że nasza wakacyjna lokalizacja nie była
przypadkiem. Pojechaliśmy wypocząć, ale również po to, bym mogła spotkać się
właśnie z Michelą. Powiem Wam tylko, że jak usiadłyśmy i zaczełyśmy rozmawiać,
to poczułam się, jakbym rozmawiała ze starą dobrą koleżanką, a jak pokazała mi
najnowszą kolekcję, to nogi się pode mną ugieły. Usiadłyśmy obie na podłodze i
jak dzieci zaczełyśmy się zachwycać tkaninami, krojem.... ja to zrozumiałe, ale
ona ... przecież ona to wymyśliła! Tak właśnie poznaje się ludzi z pasją!
O Minimu na blogu zrobi się
jeszcze głośno.
Na razie zapraszam Was na „swieżutką
fejsbukową bułęczkę”;)), czyli polski fan page Minimu: https://www.facebook.com/pages/Minimu-chic-for-kids-Polska/585689271473770/
Jeśli kochacie przygaszone barwy,
kropki, paski i słodkie detale, to z pewnością pokochacie Minimu całym sercem,
zupełnie tak, jak ja!
Organic ZOO
W ubrankach Organic ZOO mieliście
już okazję oglądać Franka tu i tu. Zaczęło się podobnie. Którejś marcowej nocy
buszowałam po internecie i trafiłam na wąsy. A że faza na wąsy dopiero
nabierała rozpędu, to kupiłam. I zakochałam się na maksa. Znowu naturalne
barwy, ciekawe nadruki, a przede wszystkim wygoda. No i Organic ZOO to ubranka
uszyte w 100% z organicznej bawełny.
Historia lubi sie powtarzać! Tak
jak z Minimu, napisałam maila do Pauliny, która okazała się być Polką:) Bardzo
szybko nawiązałyśmy nić porozumienia. Potem szybkie spotkanie! Ha! Teraz już
wiecie, dlaczego i Londyn znalazł się na naszym wakacyjnym szlaku:) Ubranka
Organic ZOO pojawią się w Polsce pewnie już we wrześniu. Pierwsze zamówienie
jest już gotowe.
Gotowy też jest nasz fan page: https://www.facebook.com/OrganicZOO?ref=hl
Chciałabym, żeby na Gałązkach
pojawiły się kiedyś również inne marki ubranek (mam już kilka upatrzonych!),
elementy wyposażenia wnętrz, może zabawki... nie wiem. Ale wiem na pewno, że cokolwiek się pojawi,
będzie w gałązkowym stylu. Takie nasze! Coś, co zachwyci mnie, serce mi skradnie.
Bo chciałabym bardzo, żeby Gałązki nie stały się Media-Marktem, TK MAXXem czy
Smykiem. Chciałabym, żeby były miejscem z duszą. Moją duszą!
No i najważniejsze! Dzięki nowej formule Gałązek zamiast siedzieć w ołówkowej spódnicy nad stosem papierów, będę siedziała z Frankiem (i telefonem w ręku;)) w piaskownicy. Albo przy stole będę pakowała kolejną paczuszkę, pokazując Frankowi jak narysować domek i kota... Wszystkie ciastka zostają w grze;))
No i najważniejsze! Dzięki nowej formule Gałązek zamiast siedzieć w ołówkowej spódnicy nad stosem papierów, będę siedziała z Frankiem (i telefonem w ręku;)) w piaskownicy. Albo przy stole będę pakowała kolejną paczuszkę, pokazując Frankowi jak narysować domek i kota... Wszystkie ciastka zostają w grze;))
Nasmarowałam Wam niezłe
wypracowanie. To na pocieszenie kilka zdjęć z kolekcji Minimu i Organic ZOO. Te
ubranka juz wkrótce można będzie kupić na Gałązkach:) Piękne prawda?
Minimu - chic for kids : kolekcja jesień/zima 2013/3014
Organic ZOO - kolekcja 2013
















Gratulacje :) Trzymam kciuki! Pozdrawiam Ania
OdpowiedzUsuńDziekuję!!
UsuńGratuluje odwagi(bo tego jednak wymaga własny biznes) :) i życzę wieluuuu stałych klientów!
OdpowiedzUsuńTo chyba ubrania dla maluszków? czy znajdzie się coś dla roczniaków i w wzwyż?
Dziekuję!! Organic ZOO kończy rozmiarówkę na dwulatku. A Minimu projektuje ubranka od 0-12 lat:)
UsuńRobic w zyciu to co sie lubi jest podstawa, zycie ejst tylko jedno wiec co za strata czasu robic cos czego sie nie cierpi, niestety wiekszosc ludzi boi sie podjac takie kroki, boja sie zrezygnwac z cieplej posadki za dobre pieniadze - mimo ze nie maja czasu tych pieniedzy wydawac bo praca zabiera im cale zycie. Ja mam inny problem - nie do konca wiem co jest moja pasja :(. Zycze powodzenia ze sklepem, bedzie to sklep online czy w realu? Gratuluje odwagi!
OdpowiedzUsuńNo wlasnie! Ja doszlam do wniosku, ze jesli teraz nie sprobuje, to nie przekonam sie nigdy. A z określeniem, co jest dokladnie moją pasją też mialam problem. Decyzję podejmowałam 1,5 roku!!
UsuńGalazki będą zarowno sklepem internetowym jak i stacjonarnym. Bedziemy dostepni na www.galazki.pl oraz w Warszawie na ul. Usypiskowej 4 (to Ochota, okolice PArku Szczesliwickiego). Ale sklep stacjonarny gotowy bedzie dopiero w pazdzierniku.
Pozdrawiamy!
To chyba marzenie każdej z nas mieć pasję, która możemy zamienić na pracę i spełniać sie w niej całkowicie :) Gratulujemy i na pewno do sklepu będziemy zaglądać.
OdpowiedzUsuńOj, bardzo dziekuje!! Mam nadzieję, ze znajde w tym prawdziwe szczescie! Na razie mam mnostwo motywacji, ale to poczatek. Obym znalazla na to wszystko sily:)
Usuńgratulujemy i życzymy powodzenia :D oo Minimu do 12 lat? To może i dla nas coś się znajdzie :) będziemy zaglądać do sklepu :D czekamy z niecierpliwością :)
OdpowiedzUsuńDziękujemy!! Ogólnie rozmiarówka Minimu jest do 12 lat - dziewczynki i 10 lat - chłopcy. Ale kolekcja jesienno-zimowa będzie głównie dla maluszków. Za to wiosna i lato juz w pełni dla każdego:)
Usuńgratulujemy i życzymy powodzenia :) oo jak do 12 lat, to i my może coś wypatrzymy :) pasja górą!
OdpowiedzUsuńBardzo gratuluje realizacji marzen, niejednej z nas brak odwagi na podjecie takich decyzji. Na pewno bede internetowa klientka ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję! Ale muszę przyznać, że podjęcie decyzji trochę mi zajęło.... prawie 1.5 roku negocjowałam ze swoim sumieniem. W końcu doszłam do wniosku, że jak nie teraz to kiedy? I od razu zrobiło mi sie lepiej:)
UsuńSuper! Trzymamy kciuki, na pewno będzie sukces, bo ta branża ma się świetnie w czasach kryzysu! Agata i Kostek
OdpowiedzUsuńAgata, obyś miała rację:) Dziekuje za ciepłe słowa:)
UsuńJak ja czekam na ten sklep z moim Niedźwiadkiem :)
OdpowiedzUsuń:))) Dla takich maluchów wybór będzie największy:)Mam nadzieję, że Wy jako wielbiciele printów też znajdziecie coś dla siebie:)
Usuńoj czekam na ten sklep ubranka powalają z nóg na prawde są wspaniałe takie eleganckie a za razem zaskakująco piękne i dobrane do odpowiedniego wieku dzieciaczków nie moge się już doczekać i mam nadzieje że bd jeszcze kilka innych bardzo fajnych zagranicznych marek u was
OdpowiedzUsuńpozdrawiam !!
Dziekujemy! Ja tez za widok Minimu tracę głowe:) Będziemy się pewnie rozkręcać powoli, więc te nowe marki to pewnie po Nowym Roku, chociaż kto wie...
UsuńKiedy? Kiedy Matula??? Pierwszy zagorzały klient się wita.
OdpowiedzUsuńDawać mnie tu te piękności!!!
Ściskamy, czekamy i kibicujemy!
:))) Juz niedługo, a dokładnie jak nie dam plamy, to na 5 października będą wszystkich, ale to wszystkich zapraszać na otwarcie sklepu stacjonarnego (w Warszawie, więc się Mamo Klockowa nie wywiniesz;)). Wtedy też pewnie ruszy internet. Oby noga mi się nie powinęła:)
UsuńGratuluję serdecznie:)).
OdpowiedzUsuńJa czekam na sklep internetowy, a moja mała Tośka rośnie jak szalona, więc pewnie będę zaglądać czy aby już jest otwarty:).
Pozdrawiam i 3-mam kciuki
Jestem pod ogromnym wrażeniem!!! Już macie klientkę :D
OdpowiedzUsuńREWELACJA ! JUŻ MACIE WE MNIE KLIENTKĘ :D
OdpowiedzUsuńCieszę się, że się realizujesz, ale czy naprawdę potrzebne Ci były dwa kierunki studiów, żeby do tego dojść? Na studia (w szczególności prawnicze) zazwyczaj jest bardzo wielu kandydatów. A jeśli idziesz na nie po to, żeby potem schować sobie dyplom do szuflady, to jednocześnie zamykasz drzwi komuś innemu, kto być może naprawdę łączy swoją przyszłość z tym zawodem.
OdpowiedzUsuńTo nie do końca tak. Nigdy nie żałowałam niczego, co w życiu robiłam. Z perspektywy czasu wiem, że każdy etap był potrzebny, miał swój cel i odegrał pewną rolę w podjęciu decyzji o zmianie zajęcia. Ale po kolei ... po pierwsze, NIGDY nie poszłabym na studia, z którymi nie wiązałabym planów życiowych (w tamtym momencie). Nie wystarczyłoby mi cierpliwości i siły, jeśli studiowałabym tylko dla dyplomu. Studia prawnicze to momentami ciężka orka ... musiałabym być szalona, żeby robić to bez celu. Po drugie, w zawodzie pracowałam kilka lat zanim podjęłam decyzję o zmianie drogi. Zdobyłam cenne doświadczenie, które procentuje także dziś, gdy zajmuję się czymś zupełnie innym. Ze zdobytej wiedzy korzystam praktycznie codziennie, dzięki czemu za niektóre rzeczy nie muszę płacić innym, potrafię zrobić to sama ... Dzięki studiom i pracy poznałam także wspaniałych ludzi, bez których moja dzisiejsza droga nie byłaby taka łatwa. Po trzecie, w kwestii formalnej nikomu nie zajęłam miejsca. Na prawo dostałam się z oddzielnej listy w wyniku przeniesienia i na podstawie średniej, czyli poza tokiem standardowej rekrutacji. Na pierwszy kierunek wprawdzie dostałam sie w wyniku zwykłego naboru, ale nie mam poczucia, że komuś zajęłam miejsce. Ciężko zapracowałam na ten wynik i do dziś nadal pracuję jako tłumacz. Ciągnę sklep, blog i tłumaczenia jednocześnie. I już tak na koniec, to jeśli ktoś łączy swoją przyszłość z określonym zawodem, musi liczyć się z porażkami. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, bo blog nie jest miejscem, w którym chcę się żalić, ale na mojej drodze było również kilka istotnych niepowodzeń. Jeśli naprawdę na czymś mi zależało, robiłam wszystko, by to osiągnąć, nie poddawałam się i próbowałam wiele razy, na inny sposób, innymi środkami. Niektóre z porażek natomiast pozwoliły mi zrozumieć, że to nie czas i miejsce na pewne sprawy. Paradoksalnie wszystkie były mi potrzebne, bez nich z pewnością nie byłabym tu, gdzie jestem teraz. Rozumiem Twoje myślenie, ale myślę, że to pochopnie wyciągnięte wnioski.
Usuń