Wieczór. Wskazówki zegara nieubłaganie zbliżają się do
dziewiątki. Leżę półprzytomna na podłodze w pozycji olimpijskiej gimnastyczki.
Prawa ręka już cała zdrętwiała, a stopy marzną, bo dziecięcy kocyk jest zbyt
mały, by je zakryć. Głowę i lewą rękę przełożyłam przez szparę, która powstała
po wyjęciu szczebelków. Z trudem powstrzymuję się przed zaśnięciem, choć
powieki mam ciężkie jak głazy. Resztkami sił nucę jakąś melodyjkę i delikatnie
głaszczę Gałązeczkę. Wśród ostatnich przebłysków świadomości moje myśli krążą tylko
wokół tego, co jeszcze powinnam zrobić tego wieczoru..... zmierzyć się ze zlewem
niewidocznym już spod sterty brudnych naczyń, odpowiedzieć na maile, które
cierpliwie czekają w skrzynce już od 3 dni, dodać nowe produkty do sklepu,
przegrać zdjęcia. I już prawie mam w głowie poukładane co i jak po kolei, gdy
nagle z rozmyślań wyrywa mnie cichy głosik: „Mamo, mjeko”. Drepczę więc do
kuchni. A za mną para małych stópek, których żwawy krok nie wskazuje na
najmniejsze oznaki zmęczenia. Wracamy z butelką mleka. Ciche siorbanie, potem
butelka wędruje w moim kierunku przy dźwiękach najsłodszego „Mamo, pjosie”, a
ja wracam do nucenia i głaskania. Po kolejnych 20 minutach nie mam już siły
głaskać ani nucić. Na szczęście obok słyszę spokojny, miarowy oddech. Zamykam
drzwi. Podchodzę do tego zlewu. Podciągam rękawy. Nie mam już siły....
Rano. Budzi mnie cichy szelest kołdry. Gałązeczka zaczyna
się wiercić, rozglądać wokół siebie. Dostaję małą nóżką w nos. Śpię dalej.
Łapczywie chwytam każdą sekundę snu. W końcu nie minęły jeszcze nawet 3 godziny
od momentu, gdy zmrużyłam oczy. Po chwili słyszę tupot bosych stóp na
drewnianej podłodze. Są gdzieś koło fotela. Ok. Wczoraj zostawił tam swoje zabawki.
Pozwalam sobie na to lenistwo i nie otwieram oczu. Nadsłuchuję dalej. Stopki
przebiegły tuż nad moją głową. Słyszę, że walczą z koszem na pranie. Na ziemi
lądują czyste i pachnące koszule. To nic. Poskładam je drugi raz. Myślę.... zabawa
w granicach bezpieczeństwa, wszystko pod kontrolą, odlatuję na momencik. Znowu
budzi mnie szelest. Tym razem inny. Z trudem otwieram jedno oko i próbuję
dojrzeć coś w tej porannej jasności. Zrywam się jak poparzona. Nie wiem od
czego zacząć....cała zawartość kociej kuwety rozsypana na środku pokoju, a
Franek najspokojniej w świecie grzebie w niej łopatką i z miną świętego mówi "Mamo, bałagał".
Popołudnie. Zupa delikatnie pyrka na kuchni. Podchodzę i
mieszam ją powoli. Chyba już dobra. Ścigam Gałązeczkę po całym pokoju, wsadzam
w fotelik. Zapach zupy wypełnia mi nozdrza. Od razu ślinianki zaczynają
pracować. No pewnie... przecież nie przełknęłam nic od rana. Pierwsza łyżka
ląduje na obrusie (to ostatni czysty). Druga na podłodze. Trzecią w rozpaczy
zjadam sama, pokazując, jakie to wszystko pyszne. Na nic. Ciągle słyszę tylko „Mamo
nie, Mamo nie cę”. Mam ochotę krzyknąć i walnąć tą zupą o ścianę.
Ostatnio codziennie miałam takie chwile zwątpienia i
zmęczenia. Codziennie w duszy liczyłam, że drzemka potrwa dłużej niż zazwyczaj.
Bo przecież nie zdążę spakować paczek, bo chciałam na kilka maili odpowiedzieć,
bo obiad w spokoju przygotować, bo notkę napisać i zdjęcia obrobić. Łapałam się na tym, że zamiast układać klocki
i rysować, z komputerem pod pachą siadałam OBOK. Niby razem, lecz tak naprawdę
zupełnie osobno.
I przyszedł taki wieczór, że siedząc wpatrzona w ekran
komputera, natknęłam sie na link. Do świata Mai. Świata pełnego łez i goryczy,
pełnego buntu i przekleństw, pełnego ducha walki i smaku porażki. Do świata, w
którym od prawie trzech lat nie ma jej synka, 4-letniego Ronana. Mały Ro o
najbardziej niebieskich oczach świata przegrał walkę z rakiem. W zaledwie 9
miesięcy. Trzy dni przed swoimi czwartymi urodzinami.
Siedziałam tego wieczoru i zamiast pisać notkę i te zdjęcia
obrabiać, przeczytałam chyba najbardziej wzruszający opis matczynej walki o
dziecko. Każde słowo w notkach Mai pełne jest nie tylko bezgranicznej miłości,
ale przede wszystkim buntu i tęsknoty,
niezrozumienia i cierpienia. Nie jestem osobą, która łatwo się wzrusza,
ale wtedy wylałam morze łez. Nie chcę też żyć problemami innych (bo swoich mam
pod dostatkiem). Ale tym razem szczerość i bezpośredniość Mai sprawiły, że coś
zwyczajnie we mnie pękło. Łzy pociekły po policzku i nie przestały lecieć przez
kolejne 3 dni. Jeszcze żaden apel o pomoc chorym dzieciom nie dotknął mnie tak bardzo.
Może dlatego, że dla małego RO już za późno na pomoc, a może dlatego, że tak
bardzo przypomina mi Gałązeczkę – uśmiechem, błękitem oczu. I jeszcze te słowa
Mai, które jak mantrę powtarza w każdym prawie wpisie. I love you to the moon
and back. Przecież to ten sam cytat, który wybrałam na ścianę dla Franka w jego
pierwszym pokoiku (pokazywałam go TU).
Tyle małych podobieństw i jedna fundamentalna różnica. Tamtego wieczoru
po paru godzinach znowu usłyszałam ciche popłakiwanie z sąsiedniego pokoju....
Tamtego wieczoru nie pozmywałam naczyń, nie odpowiedziałam
też na żadnego maila, nie napisałam notki ani nie obrobiłam zdjęć. Podobnie
następnego dnia rano i wieczorem. Nie sprawdziłam poczty dopóki Gałązeczka nie
poszła na popołudniową drzemkę. Paczki odwiozłam do sortowni sama na 5 minut
przed jej wieczornym zamknięciem.
Bo zrozumiałam, po co to wszystko. Po co ten maile, te
paczki i te notki.... Co zmieni ten czysty zlew..... ten pęd codzienny, ta
niekończąca się lista spraw do załatwienia. Po co to wszystko? Przecież to dla
Niego. Dla Niego te zdjęcia, te notki, ta zupa podgrzewana trzykrotnie, ta
bajka na dobranoc, co znam ją już na wskroś. Dla niego ten sklep i showroom, te
ubranka. Dla Niego zostałam w domu i próbuję sił na swoim, tak by z Nim spędzać
całe dnie, a nie machać rano na pożegnanie wychodząc do biura. Bo bez Niego to
wszystko przecież nie miałoby sensu.
I nagle zaczęłam tęsknić za tym wieczornym zmęczeniem,
porannym bałaganem i popołudniowymi zmaganiami z obiadem. W każdej z tych chwil
zamiast widzieć zmęczenie i zniecierpliwienie odnajduję coś cennego – ten czas,
który mamy we dwoje, to ciepło, które czuję, gdy wtula się we mnie, ten
najsłodszy głos, który słyszę, gdy się buntuje. Wiem, że bez tego czasu, bez
tego ciepła i bez tego głosu nic nie miałoby sensu.
I nie czuję wyrzutów sumienia, że to już 5 dni bez notki czy
że ktoś czekał 3 dni na maila. Julia napisała dzisiaj pięknie, że czasem trzeba
się znaleźć w pewnym miejscu, żeby zrozumieć, że wcale nie chce się w nim być. Ja
właśnie znalazłam się pomiędzy tymi wszystkimi sprawami do załatwienia, w samym
centrum tego pędu, żeby zrozumieć, że nie tam chcę być, gdy mój syn obok bawi
się sam.
Nie zrozumcie mnie źle... nadal chcę pisać notki, prowadzić
sklep i showroom oraz dbać o dom. Nadal będę zasypiała wieczorami z
przewieszonymi przez szczebelki rękami. Nadal będę zmywała i gotowała trzy zupy
jednego dnia, z nadzieją, że któraś mu zasmakuje. To moje obowiązki i
przyjemności, z których nie mogę, ale też nie chcę rezygnować. Teraz wiem
tylko, że są dodatkiem do prawdziwego szczęścia, którego nigdy nie zastąpią. Jak dobrze, że to szczęście śpi tuż obok za
ścianą...
Frankowe co-my-tu-mamy:
pikowana bluza - GAP
body z napisem Złote Dziecko - TU
spodnie - ZARA
buty - Converse
czapka - Piu di Me
miętowy komin - ReKids
Dzisiaj krótka sesja z showroomu, w którym urzędujemy razem. Gałązeczka układa i przestawia, nosi, pomaga, rozrzuca. Patrzę na to wszystko ze zrozumieniem i sporą dawką cierpliwości. To jego czas, a rozrzucanie i przestawianie to przecież przywilej jego wieku. Bez Niego nic nie miałoby sensu.





















Jaki rozmiar tych bucików synek nosi, mamy dzieci w podobnym wieku.
OdpowiedzUsuńTo rozmiar 22.
UsuńA ja ryczę przy wszystkim prawie więc ten wpis też wywołał tonę łez....Taka jest prawda czasem trzeba się zatrzymać i spojrzeć na wszystko z boku. Ja też się czasem na tym łapię, że wrzucając zdjęcia mówię synowi 'zaraz,zaraz' i tak kilkanaście minut aż nie skończę. Przecież zdjęcia poczekają, a dzieciństwo dziecka nie. Chyba chcemy żeby wszystko było idealnie- posprzątane,ugotowane, wyprane, dziecko wybawione i nasze hobby/pasja/praca odrobione. Ale jesteśmy tylko jedne i nie zawsze uda nam się to ogarnąć. Czytając posty i oglądając zdjęcia zawsze sądziłam, że jakoś wasz dom omija to wszystko-a tu jednak Franio też potrafi-zupa nie taka, rozwalone pranie,kuweta:)) Bo na tych zdjęciach zawsze tak porządnie, że czasem jak spoglądam na nasze mieszkanie gdzie zabawki są dosłownie na całej podłodze, szafki w kuchni,telewizor wymazane palcami,czasem flipsem to ryczeć mi się chce. Chwile gdy maleństwo akurat dzisiaj, kiedy jest piękna pogoda, nie chce ubrać się na spacer i tysiące innych małych klęsk sprawiają że mam ochotę czasem się załamać. Ale dobrze wiedzieć, że to nie tylko u nas:)
OdpowiedzUsuńU nas jak w każdym domu.... podłoga się klei od rozlanego mleka, w kuchni wiecznie coś brudnego w zlewie, choćbym dopiero co zmywała, zabawki plączą się pod nogami, mama się czasem wkurza na tatę, Gałązeczka nie chce spać, jeść, ostatnio porysował nam ścianę kredkami, rozsypał w kuchni kilo ziaren słonecznika, nalał wody do pudełka z torebkami herbaty (!!!!), wylał wodę z nawilżacza na wykładzinę (suszyła się 3 dni), ... i mogłabym tak pisać jeszcze hoho. Na zdjęciach staram nie pokazywać się tego domowego zaplecza, tego bałaganu, bo chcę, żeby przyjemnie się na nie patrzyło. To dla mnie też pewien rodzaj sztuki, więc widok wiadra z mopem w tle jakoś mi nie pasuje. Dlatego czasem tylko zmieniam kąt, kadr i robię cyk... a to wiadro nadal tam stoi. Przyznaję, że czasem sprzątnę na szybko, zeby na zdjęciach nie było widac walających się zabawek, ale to i tak kropla w morzu potrzeb.... na zdjęciach nigdy nie pokazałam naszej sypialni (bo tam permanentny burdel;))))) Jesteśmy normalną rodziną, a blog to tylko wycinek naszego zycia, wycinek, którym chcę się podzielic, bo może kogoś zainspiruje.Wycinek, który sama chcę zapamiętać. A teraz jeszcze bardziej i mocniej czuję, że każde wspomnienie jest ważne i dlatego dla Niego wszystko, a On ponad wszystko:)
OdpowiedzUsuńbardzo wzruszajacy wpis. Tak bardzo szczery. Fajnie jest zdać sobie sprawę po co jest każdy dzień i o co w tym tak naprawdę chodzi! ;-)
OdpowiedzUsuńTak to jest. Niby kochamy to dziecko bezgranicznie, niby zrobilibyśmy dla niego wszystko, ale w codziennym pędzie, w małych sprawach o tym nie pamiętamy. Ja śledzę Mayę na instagramie i z każdym jej wpisem przypominam sobie, że to dla Niego wszystko. Jak tylko chce mi sie krzyknąć, to w myślach powtarzam sobie, jak dobrze, że Go mam. Od razu problemy wydają się takie małe.
UsuńPiękny post.... piszesz tak pięknie, że zapiera dech w piersiach a łzy same ciekną po policzkach...
OdpowiedzUsuńDziękuję:))) Bardzo mi miło.
UsuńNaprawdę czasem się zastanawiam: czy jestem tak potworną matką, że mnie to wszystko tak męczy jak cholera, że chętnie rzuciłabym tymi garami wybijając szybę i wyskoczyła przez balkon niczym superman, lądując dopiero gdzieś w okolicach Honolulu... Przeglądam te wszystkie cudowne zdjęcia na blogach parentingowych i na całe szczęście wpadnę czasem na taki wspaniały wpis. Dziękuję :)
OdpowiedzUsuń:))) Z tymi blogami tak już jest, że opisują tylko wycinek rzeczywistości, chowając brud, bałagan i zmęczenie poza kadrem obiektywu. Ale czasami zwyczajnie się nie da.... ja właśnie ostatnio nie mogłam.... w gruncie rzeczy mamy-blogerki czy mamy-nie-blogerski mają takie samo życie, te same zmartwienia i problemy....
OdpowiedzUsuńŁezka w oku się zakręciła....
OdpowiedzUsuńA młody cudny jak zawsze.... zdjęcia piękne! I miejsce magiczne... oglądając zdjęcia poczułam się jakbym była tam z Wami :*