No to teraz czas na małe wyznanie
Mamy Gałązki!
Tak, jestem mamą, która chwilowo
porzuciła pracę zawodową na rzecz obowiązków mamino-domowych. Czyli w ładnych
słowach.... kurą domowa jestem! Nie zanudzę Was jednak wywodem-rzeką na temat
tego, że praca w domu to wbrew pozorom prawdziwa praca, że nie leży się tylko i
pachnie, że o 16 nie moge powiedzięć „Adios” i walnąć się na kanapie (jakbym
wcześniej mogła tak zrobić....buhahaha!). Nie o tym będzie dzisiaj, bo zapewne większość
z moich czytelników to kobiety, które albo są już mamami (a takim to już nic w
tej kwestii tłumaczyć nie trzeba;), albo mamami nie są, ale dzięki naszej
wrodzonej kobiecej wrażliwości i ogromnej wyobraźnii, a i pewnie także doświadczeniu
doskonale wiedzą, ile wysiłku i czasu wymaga opieka nad domem. Dziś o szarości życia będzie....
Jeszcze w erze
przed-Gałązeczkowej czasem przelotnie myślałam o tym, jak to jest być prawdziwą
kurą domową, siedzieć tylko w domu, obiad codziennie mężowi podawać, kurzom
wypowiadać wojnę wciąż na nowo.... I choć to tylko przelotne myśli były, bo
dzień wypełniały inne zajęcia.... dużo zajęć ... i zawsze zbyt krótki był na bujanie w obłokach,
to oczyma wyobraźni widziałam siebie, jak stoję w kuchni, nad garami, ze ścierą
przewieszoną przez ramię, z kropelkami potu na czole, .... jak najlepszą
garderobę, w tym sukienki wszystkie pochłonęła czarna dziura w szafie, jak duperelki
do makijażu światła nie widziały od wieków, ... taka nie za ciekawa ta wizja
była.... całkiem szara i smutna i bez sensu zupełnie. Jakbym żyła tylko daną
chwilą, w przyszłość nie patrzyła wcale... no chyba, że przez przyszłość
rozumieć planowanie wprzód na kilka godzin prania i prasowania. I ta trwoga we
mnie, że jak to.... że ja nie usiedzę w miejscu pięciu minut, że odkurzać
nienawidzę, że monotonia mnie przytłacza i przygnębia. Bo żeby żyć, muszę
pędzić, zmieniać otoczenie, szukać wciąż nowych i nowych wyzwań, inspiracji, i
tu i tam, i kilku miejscach naraz ... taki ze mnie niespokojny duch.... do
którego żadne domowe kąty nie pasują!
Przelotne te chwile rozterek i
rozmyślań nie zakłócały jednak mojego codziennego spokoju, bo życie toczyło się
dalej, takie jak wcześniej, szybkie, wielowymiarowe, ciekawe.
I właśnie wtedy okazało się, że
na świecie pojawi się Gałązeczka....
Rozmyślania wróciły... jakby
bardziej realne. O dziwo, z niecierpliwością czekałam wtedy na te leniwe
godziny spędzone w domu. Po etapie szaleńczej biurowej pracy dniami i nocami,
marzyłam wręcz, żeby mieć czas jakieś ciacho upichcić, upoić się zapachem
świeżo rozwieszonego prania, tym domem się nacieszyć na zapas. Miesiące
oczekiwania na Gałązeczkę były cudowne! Szaleńcze tempo zostawiłam za sobą.
Miałam w końcu czas i możliwość zobaczyć, jak wygląda miasto w ciągu dnia (!)
... na żywo, a nie zza biurka na 12. piętrze! Bez pośpiechu wybierałam w
sklepach wyprawkę dla Gałązeczki, godzinami przeszukiwałam internet w
poszukiwaniu produktów, porad, pięć razy dziennie obliczałam, ile to jeszcze
tygodni mi zostało, czytałam książki, planowałam .... myślałam „Radość
oczekiwania przyćmiła szarą codzienność, ale to się zmieni...”. Byłam tego
pewna!
Potem na świecie pojawiła się
Gałązeczka i życie z nowu nabrało tempa. Dni i noce zlewały mi sie w tygodnie,
ale i tym razem nie było to przykre, monotonne ani przygnębiające. Baby blues
mnie ominął. Cieszyłam się widokiem Gałązeczki, każdą wspólną chwilą, każdym
ziewnięciem, spacerem, wizytami bliskich, a nawet miłymi komentarzami
nieznajomych na ulicy. Myślałam ... „Piękna letnia pogoda, radość z narodzin i
natłok obowiązków przy dziecku przyćmiła szarą codzienność, ale to się zmieni”.
Byłam tego pewna!
Mijały miesiące. Powoli sił było
coraz więcej i pomoc bliskich nie była już tak potrzebna, jak w pierwszych
tygodniach. Góra prania rosła. Przyszła jesień, a z nią... plucha i błoto,
które przynosiłam do domu po każdym spacerze. Słońca jak na lekarstwo, więc
myślałam: „Teraz to już nic nie przyćmi szarej codzienności”. Byłam tego pewna!
Już nawet w pogotowiu miałam tę ścierkę, co ją w wizjach przez ramię
przewieszałam.
Ale życie toczyło się dalej, a
... sukienki moje nie przepadły w czeluściach szafy, usta i polik czasem
maznęłam w przelocie, żeby na spacerach nie straszyć wrodzoną bladością, nie
zapadłam w zimowy sen, przeprosiłam się z autobusami i metrem, którymi z Gałązeczką
przemierzaliśmy Warszawę... a to na kawkę do kogoś, a to do sklepu, co na
drugim końcu miasta ... tą szarość i monotonię, której się tak obawiałam,
widziałam tylko w przyrodzie, ale nie w sercu...
I dziś też tej szarości nie
widać! Choć zmywam, piorę, obiad mężowi podaję, to na ramieniu zamiast tej ściery
noszę nową torebkę. Choć z Gałązeczką trzymamy się codziennych rytuałów, to
pomiędzy stałymi punktami dnia jeździmy na wycieczki, uczęszczamy na zajęcia
dla maluchów, wychodzimy do ludzi. Poza tym, każdy kolejny dzień niesie ze sobą
pełno niespodzianek. Gałązeczka wczoraj tylko raczkowała i stała przy meblach,
dziś już chodzi podtrzymywana, a jutro .... najdalej pojutrze... stać będzie
bez podtrzymania!
Nie zapominam też o tym
niespokojnym duchu, co we mnie siedzi .... kiedy Gałązeczka śpi, a w
ciemnościach zlew pełen naczyń jakoś mniej straszy, szkolę się z fotografii,
szyję, domowe kąty wciąż na nowo dekoruję, no i bloguję (ho ho ho, zabrzmiało
poważnie;).... i innych rzeczy całe mnóstwo też robię ... i znowu czasu zawsze
za mało, ale dobrze, bo już tak mam, że ile bym go nie miała, to wypełnię go po
brzegi zajęciami.
I myślę teraz: „Tyle jest rzeczy,
które przyćmiewają mi szarość codzienności ... i to się nie zmieni. Jestem tego
pewna!”
A domowe obowiązki już nie są
takie straszne, jak ma sie takiego pomocnika:)
Nasze co-my-tu-mamy:
jeansy na szelkach i bodziak - H&M











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz