Historia lubi się powtarzać, a zmiany bywają trudne. Przekonałam
się o tym po raz kolejny podczas mojego pierwszego samotnego wyjazdu na targi
Pitti Bimbo do Florencji (więcej o targach TU).
Nasze rodzinne wakacyjno-biznesowe wyjazdy nieuchronnie
przywodzą mi na myśl pewien znany film, który oglądam w każde święta Bożego
Narodzenia. Podobnie jak Kevin za każdym razem lądujemy w mniejszych lub
większych opałach, z których cudownym trafem udaje nam się jakoś wyjść. I choć
nie ścigają nas żadni złodziejaszkowie, to jednak poziom abstrakcji niektórych
naszych przygód sięga zenitu i wykracza poza normy przewidywalności. Ci z Was,
którzy zaglądają do nas od jakiegoś czasu natknęli się już z pewnością na naszą
ostatnią wakacyjną relację (TU). Nota bene, także z wyjazdu do Włoch. Nowym
czytelnikom powiem tylko po krótce, że udało nam się zgubić paszporty jakieś 5
metrów za bramkami kontrolnymi, dostać 2 mandaty (ostatni przyszedł dosłownie w
zeszłym tygodniu), ledwo ujść z życiem po nocy w hotelowym pokoju o powierzchni
2 m2 i spóźnić się na samolot, przez co
tylko cudem uniknęlismy podróżowania po Włoszech Fiatem Panda (z dzieckiem
(!!!), bagażami, itp) . Ostatecznie jednak wyszliśmy z tego cało i nawet udało
nam się wypocząć.
Szykując się do wyjazdu do Florencji miałam w głowie tylko jedną myśl .... przygotować
wszystko wcześniej, zaplanować, zorganizować i ze spokojem przeżyć cały
weekend. Początki nie zapowiadały nadchodzących kłopotów. Jak nigdy bilety lotnicze
miałam wykupione z odpowiednim wyprzedzeniem, choć przy ich rezerwacji nie obeszło się bez problemów. Odprawiłam się online
kilka dni przed lotem. Nie szukałam naprędce paszportu ani kart. Walizka
czekała w gotowości juz dzień wcześniej. Spotkania dokładnie poumawiane. Na
kartce plan tego, co będę chciała zrobić z tą szaleńczą ilością wolnego czasu.
Pomyślałam nawet o ubezpieczeniu i poświęceniu kilku chwil na merytoryczne
przygotowanie się do spotkania z Minimu. Leżąc w łóżku w przeddzień wyjazdu, byłam
z siebie dumna, że wreszcie wszystko mam pod kontrolą i że żadna nieprzyjemna
niespodzianka mnie nie spotka. Nic z tych rzeczy! Otóż jak pisałam wcześniej
... historia lubi się powtarzać, a zmiany (szczególnie dotyczące własnych
nawyków) bywają bardzo trudne ...
W piątek rano nic nie zapowiadało problemów. Choć
rozstanie z Frankiem było dość emocjonalne (dla mnie, bo on, biedaczek, nie
zdawał sobie sprawy z długości naszej rozłąki), to jednak w wirze ostatnich
przygotowań i domykania codziennych spraw (w tym wysyłki Waszych zamówień),
udało mi się powstrzymać napływające łzy. Wprawdzie jakiś wewnętrzny głos,
który kazał mi się wrócić i pożegnać z bliskimi jeszcze raz, uratował mnie
przed pozostawieniem jedynego telefonu w domu, ale uznałam to za zwyczajną
pomyłkę i nie doszukiwałam się w tym drugiego dna. Taksówka jechała sprawnie
pomimo nawału świeżego śniegu. Na lotnisku byłam na czas! Nie mogło być lepiej.
Ciśnienie opadło i wtedy zaczęły się kłopoty ...
Podczas check-inu okazało się, że mam za duży bagaż w
porównaniu z kategorią, jaką zgłosiłam. W zasadzie zadeklarowałam, że mam tylko
mały bagaż podręczny, ale moja walizeczka za nic nie chciała wydawać się mała, ani
zmieścić się w dozwolonych wymiarach i ostatecznie musiałam dopłacić za bagaż
.... 4 razy tyle, ile ten sam bagaż kosztowałby mnie, gdybym wykupiła go podczas
rejestracji internetowej. Damn it! Ale mówi się trudno. To również uznałam za
nieistotny przypadek. Tym bardziej, że spłynęło na mnie trochę fejmu od Zosi
Ślotały, która kręciła sie po hali odlotów, podczas gdy ja podziwiałam jej
fajny, niewymuszony podróżniczy look.
Nauczona naszymi wakacyjnymi doświadczeniami, cały czas
pilnowałam paszportu i biletów. Czekałam posłusznie pod wskazaną bramką. Nie
nakruszyłam na podłogę i choć miałam ciężką torbę, to tylko jedną. Weekend
zapowiadał się bajkowo ....
... aż do momentu, kiedy wylądowałam na lotnisku w Rzymie
i chciałam wypożyczyć samochód. Miałam rezerwację, więc byłam spokojna i nie
brałam pod uwagę innej ewentulaności niż ta, że w przeciągu paru chwil będę
siedziała w pięknej, klimatyzowanej Giuletcie i zmierzała w kierunku Florencji.
Ot, zachciało mi się luksusów ....
... Najpierw bowiem okazało się, że rezerwacja a i owszem
jest, ale na innym rzymskim lotnisku. Ostatecznie udało mi się jakoś ubłagać
panią z okienka i samochód się znalazł. Nie mogłam go jednak wypożyczyć, bo posłuszeństwa
odmówiła mi karta kredytowa, którą chciałam dokonać opłaty z tytułu depozytu.
Próbowałam wielokrotnie licząc na słabe łącze, ale za każdym razem na
wyświetlaczu widziałam tylko jedno słowo ‘negata’. Do dziś śni mi się to po
nocach. Po niezliczonych minutach rozmów z Tatą Gałązką, sprawdzania i podwyższania limitów,
dostępnych środków, byłam pewna, że czeka mnie podróż pociągiem do Florencji i
to raczej na gapę, bo w portfelu miałam 50 eur na cały wyjazd. W rozmowie z
bankiem okazało się, że karta w wyniku czyjejś pomyłki (!!!!) została zablokowana, że
mogę złożyć reklamację i czekać na jej rozpatrzenie do ... 30 dni! W
międzyczasie nie mogą zrobić nic więcej. Taaa....
Moją ostatnią
nadzieją była druga karta, którą wzięłam naprędce z domu. Zazwyczaj nie używam
jej podczas wyjazdów, bo ma bardzo niski limit i służy do zakupów przez
internet .... kumacie po co ten niski limit?;) Tak, tak, Matka potrzebuje
czasem nad sobą bicza... w tych sprawach nie ręczę za siebie;) Niestety nie
pamiętałam do niej PINu .... Nadal wisząc na telefonie z Tatą Gałązką, któremu
należą się oklaski, ukłony i pochwały, bo gdyby nie on, to wizja tego pociągu
była bardzo bliska;), ustaliłam nowy PIN i już prawie zacierałam ręce na widok
tych kluczyków, które leżały dosłownie na wyciągnięcie ręki. PIN wprawdzie
przeszedł, ale ten limit był nieubłaganie niski ... ZA niski na Giulettę, lecz
w sam raz na Fiata Pandę.... no nie, pomyślałam, że ta Panda jest jakąś naszą
rodzinną klątwą (w sierpniu zeszłego roku także o mało nie wylądowaliśmy w
Pandzie z Frankiem i wszystkimi naszymi bambetlami). Cóż ... lepszy rydz niż
nic... wizja podróżowania Pandą była i tak o niebo lepsza niż pomysł telepania
się do Florencji pociągiem. Ostatecznie udał się mały szacher-macher i Tata
Gałązka zapłacił voucherem, który zwolnił mnie z wszystkich kosztów. Trwało to
jednak chwilę, bo taka procedura musi być zatwierdzona przez chyba wszystkie
poziomy kierowników i dyrektorów SIXTa. Pani z okienka jak mantrę powtarzała do
telefonu, że musi mieć zgodę „headquarters”. Uzyskanie jej zajęło kolejne
dziesiątki minut.
Ostatecznie po 2 godzinach (sic!) czekania, dzwonienia i
kreatywnej twórczości w poszukiwaniu rozwiązań tej sytuacji, siedziałam w
pachnącej nowością Giuletcie. Patrzyłam beznamiętnie na wyświetlacz nawigacji,
który pokazywał 306 km i 3 godziny drogi. Dopiero wtedy poczułam wszechogarniające
zmęczenie i niechęć na myśl o tej niekończącej się nitce autostrad przede mną.
Do naciśnięcia pedału gazu przekonało mnie jednak to delikatne podekscytowanie
wydarzeniami dnia następnego. Chciałam być na Pitti, chciałam zobaczyć nową
kolekcję Minimu, obejrzeć innych wystawców i po prostu zwyczajnie poszwendać się
bez celu i bez pośpiechu po mieście, usiąść w małej knajpce na pizzę i w
spokoju otworzyć notes na kartce, na której juz kilkakrotnie zaczynałam kreślić
plany na nadchodzący rok. Ech, takie małe marzenie:) Więc ruszyłam ....
Do Florencji dojechałam późnym wieczorem i gdyby nie
nawigacja, to zupełnie zgubiłabym się w tym gąszczu jednokierunkowych uliczek. Nie
pomógłby nawet instynkt, który w chwilach największego zmęczenia potrafi po
omacku wskazać drogę do najbliższego łóżka;)
Hotelik, który wcześniej przezornie zarezerwowałam miał
bardzo klimatyczną fasadę. Przepiękne okiennice, ozdobne rośliny i ogólny
porządek nie zapowiadały zupełnie mankamentów wnętrza i obsługi. Zaczynając od
zepsutego klimatyzatora, który utrzymywał stałą temperaturę 19 stopni, a
kończąc na śniadaniu, na które dostałam, dosłownie, suchego tosta z dżemem.
Nie wiem, gdzie był ten obiecany szwedzki stół – choć w sumie mogłam wybrać, czy zjem tego tosta na sucho, czy z dżemem;) Ale tamtego
wieczoru liczyła się dla mnie tylko czysta pościel i wygodny materac:)
Sobota upłynęła mi pod hasłem targów. Po południu miałam jednak czas dla siebie i
doszłam do wniosku, że grzechem byłoby spędzenie go w hotelu pod kołdrą, choć
pokusa była spora:) Złapałam więc mapę pod pachę i ruszyłam w stronę
historycznego centrum .... jak mi się wtedy wydawało najkrótszą drogą.
Zabrnęłam w takie uliczki, że ciarki aż do dziś przechodzą mi po plecach na
myśl o tych zakamarkach i ich lokatorach. Pominę ten fragment milczeniem, bo
Tata Gałązka dałby mi nieźle popalić, gdyby dowiedział się, gdzie się
szwendałam po nocach;) Trzeba jednak przyznać, że Florencja nocą jest bardzo
klimatyczna. Wygląda trochę jak miasto ze średniowiecznych opowieści, pełne
rzezimieszków i typów spod ciemnej gwiazdy, którzy warują w bocznych alejkach.
Zimowa deszczowa pogoda wpędza wszystkich restauratorów w czeluście ich
knajpek. Turyści przemykają tu i ówdzie, ale nie są to stada zgłodniałych
atrakcji Azjatów. To raczej małe grupki, które w ciszy kontemplują duszę
miasta. I tylko na głównych ulicach centrum czuć ten turystyczny zamęt.
Wylądowałam w końcu w maleńkiej knajpce na pysznych,
aczkolwiek strasznie kalorycznych pierożkach i grzankach z kapustą i czosnkiem
(myślałam, że nie przejdzie mi to przez gardło, ale jednak...) Sączyłam powoli
kieliszek białego wina, delektując się tą chwilą samotności, robiąc notatki z
przyszłej kolekcji Minimu i snując plany na tak dobrze rozpoczęty wieczór. W
tak dobrym nastroju dobrnęłam do momentu płatności, kiedy usłyszałam po raz
kolejny to znienawidzone „negata”. Tym razem to jednak tylko chwilowy brak
połączenia, więc ku mojej uciesze odeszła wizja odpracowania posiłku na kuchni;)
Ten dyskomfort związany z ryzykiem odmowy transakcji towarzyszył mi zresztą
przez cały wyjazd. Na szczęście limit pecha wykorzystałam pierwszego dnia:)
Pomimo tych wszystkich przygód, do których zaczynam się
powoli przyzwyczajać i które przestają mnie już dziwić, samotny weekend był mi
bardzo potrzebny. O takim głębszym oddechu i dłuższej chwili ciszy marzyłam w
duszy już długo. I choć chciałam spędzić go trochę intensywniej, to jednak gdy
odeszła ta adrenalina, która trzyma mnie w ryzach i codziennie każe wstać i na
nowo stawiać czoła dniom pełnym obowiązków i trudności, wyszło ze mnie całe
zmęczenie ostatnich miesięcy. W rezultacie wieczorami walczyłam ze snem, żeby
choć tych kilka stron książki przeczytać, żeby w spokoju spisać pomysły, które
siedzą mi w głowie i żeby nacieszyć się tym czasem bezczynności.
Na tym idealnym obrazku jest tylko jedna spora rysa – tęsknota
Franka, dla którego mój wyjazd był ogromnym szokiem. To było nasze pierwsze
dłuższe rozstanie. I choć był bardzo dzielny, nie płakał i nie wołał mnie, to
snuł się po domu, lekko osowiały i szukał mnie w miejscach, gdzie najczęściej
przebywam. Nie potrafił zrozumieć tej nowej sytuacji. Tę jego smutną twarz i
żal w oczach zapamiętam chyba do końca życia. Pierwsza próba odcięcia pępowiny
była chyba jednak zbyt drastyczna, zarówno dla niego, jak i dla mnie. Z moją
tęsknotą i wyrzutami sumienia czułam się trochę jak mama filmowego Kevina, która
uświadamia sobie, że zostawiła swoje dziecko. Nasza wersja wydarzeń nie była jednak
komiczna. Pozwoliła mi zrozumieć, że jestem mamą i teraz już zawsze będę
borykała się z takimi dylematami.
I juz na sam koniec o moim fotograficznym projekcie związanym z wyjazdem. Pisałam Wam TU o photo checklistach. Poniżej moja interpretacja wybranych haseł
I juz na sam koniec o moim fotograficznym projekcie związanym z wyjazdem. Pisałam Wam TU o photo checklistach. Poniżej moja interpretacja wybranych haseł
photograph your packing list / zdjęcie listy pakowanych rzeczy
photograph your plane tickets / zdjęcie biletów lotniczych
photos of the place you stayed /zdjęcia miejsca, w którym się zatrzymałeś
photograph inside a souvenir shop / zdjęcie w sklepie z pamiątkami
a typical street in a city/town you visit / zdjęcie typowej ulicy
your finger pointing to travel destination on a map / zdjęcia palca wskazującego cel podróży
photograph your bags all packed / zdjęcie spakowanych walizek
I jeszcze kilka ujęć z instagrama








































Mimo tych "atrakcji" jednak zazdroszcze podróżowania. Najdalej byłam w Warszawie...
OdpowiedzUsuńTo prawda, podróżowanie ma swój urok, choć potrafi być męczące. Na szczęście teraz jest łatwiej i łatwiej .... świat powoli zaczyna stawać otworem. Trzymam kciuki za wyprawy dalej niż do Warszawy:)
UsuńPo pierwsze opis trzymający w napięciu z nutką humoru - świetnie piszesz :) a zdjęcia jeszcze lepsze :) mimo rozlaki to chyba warto czasem żeby wrócić z nowym pokładem energii i docenieniem codzienności której często zapomina się doceniać...
OdpowiedzUsuńTo prawda, taki dystans jest czasem potrzebny, choć tęskniłam okropnie....
Usuńno to mamusiu, miałaś niesamowite, a nawet trochę straszne przygody. Super, ciekawe i zabawne sprawozdanie. Człowiek niby uczy się na błędach, a jednak nadal popełniamy te same ; poradziłabym ,żebyś więcej gotówki woziła ze sobą, ale my sami nigdy więcej nie bierzemy na wyjazdy, no i przy Twoim "szczęściu" zacheciłabys jeszcze jakiś kieszonkowców ;) Piękne, klimatyczne zdjęcia, ach zazdroszczę takiego wyjazdu :)
OdpowiedzUsuńZ tą gotówką, to wziełam ją tylko na drobne wydatki .... jedzenie, pamiątki. Sądziłam, że z dwoma kartami nie ma opcji, żebym nie dała rady... a jednak;)) Nasze "szczęście" to już prawdziwa rodzinna historia. Śmiejemy się z naszych przygód, bo będzie co wspominać na emeryturze...:)
UsuńJejku, jak ten tekst się świetnie czyta! Zdjęcia cudne. Zdarzenia, cóż, jak i u mnie. Jak coś się przydarza raz na milion, to właśnie ja jestem tą jedną na milion i nie ma to nic wspólnego z wyjątkowością czy innymi super przymiotami. To się nazywa zwyczajnie w świecie pech. Nieważne. Aaaaa i ta cudna torebka.... Oddałam głos na Pani blog - uwielbiam go, uwielbiam gałązkowy sklep. Pozdrawiam ciepło. Magda
OdpowiedzUsuń