28 stycznia 2014

Home alone


Historia lubi się powtarzać, a zmiany bywają trudne. Przekonałam się o tym po raz kolejny podczas mojego pierwszego samotnego wyjazdu na targi Pitti Bimbo do Florencji (więcej o targach TU). 

Nasze rodzinne wakacyjno-biznesowe wyjazdy nieuchronnie przywodzą mi na myśl pewien znany film, który oglądam w każde święta Bożego Narodzenia. Podobnie jak Kevin za każdym razem lądujemy w mniejszych lub większych opałach, z których cudownym trafem udaje nam się jakoś wyjść. I choć nie ścigają nas żadni złodziejaszkowie, to jednak poziom abstrakcji niektórych naszych przygód sięga zenitu i wykracza poza normy przewidywalności. Ci z Was, którzy zaglądają do nas od jakiegoś czasu natknęli się już z pewnością na naszą ostatnią wakacyjną relację (TU). Nota bene, także z wyjazdu do Włoch. Nowym czytelnikom powiem tylko po krótce, że udało nam się zgubić paszporty jakieś 5 metrów za bramkami kontrolnymi, dostać 2 mandaty (ostatni przyszedł dosłownie w zeszłym tygodniu), ledwo ujść z życiem po nocy w hotelowym pokoju o powierzchni 2 m2  i spóźnić się na samolot, przez co tylko cudem uniknęlismy podróżowania po Włoszech Fiatem Panda (z dzieckiem (!!!), bagażami, itp) . Ostatecznie jednak wyszliśmy z tego cało i nawet udało nam się wypocząć.

Szykując się do wyjazdu do Florencji  miałam w głowie tylko jedną myśl .... przygotować wszystko wcześniej, zaplanować, zorganizować i ze spokojem przeżyć cały weekend. Początki nie zapowiadały nadchodzących kłopotów. Jak nigdy bilety lotnicze miałam wykupione z odpowiednim wyprzedzeniem, choć przy ich rezerwacji nie obeszło się bez problemów.  Odprawiłam się online kilka dni przed lotem. Nie szukałam naprędce paszportu ani kart. Walizka czekała w gotowości juz dzień wcześniej. Spotkania dokładnie poumawiane. Na kartce plan tego, co będę chciała zrobić z tą szaleńczą ilością wolnego czasu. Pomyślałam nawet o ubezpieczeniu i poświęceniu kilku chwil na merytoryczne przygotowanie się do spotkania z Minimu. Leżąc w łóżku w przeddzień wyjazdu, byłam z siebie dumna, że wreszcie wszystko mam pod kontrolą i że żadna nieprzyjemna niespodzianka mnie nie spotka. Nic z tych rzeczy! Otóż jak pisałam wcześniej ... historia lubi się powtarzać, a zmiany (szczególnie dotyczące własnych nawyków) bywają bardzo trudne ...

W piątek rano nic nie zapowiadało problemów. Choć rozstanie z Frankiem było dość emocjonalne (dla mnie, bo on, biedaczek, nie zdawał sobie sprawy z długości naszej rozłąki), to jednak w wirze ostatnich przygotowań i domykania codziennych spraw (w tym wysyłki Waszych zamówień), udało mi się powstrzymać napływające łzy. Wprawdzie jakiś wewnętrzny głos, który kazał mi się wrócić i pożegnać z bliskimi jeszcze raz, uratował mnie przed pozostawieniem jedynego telefonu w domu, ale uznałam to za zwyczajną pomyłkę i nie doszukiwałam się w tym drugiego dna. Taksówka jechała sprawnie pomimo nawału świeżego śniegu. Na lotnisku byłam na czas! Nie mogło być lepiej. Ciśnienie opadło i wtedy zaczęły się kłopoty ...

Podczas check-inu okazało się, że mam za duży bagaż w porównaniu z kategorią, jaką zgłosiłam. W zasadzie zadeklarowałam, że mam tylko mały bagaż podręczny, ale moja walizeczka za nic nie chciała wydawać się mała, ani zmieścić się w dozwolonych wymiarach i ostatecznie musiałam dopłacić za bagaż .... 4 razy tyle, ile ten sam bagaż kosztowałby mnie, gdybym wykupiła go podczas rejestracji internetowej. Damn it! Ale mówi się trudno. To również uznałam za nieistotny przypadek. Tym bardziej, że spłynęło na mnie trochę fejmu od Zosi Ślotały, która kręciła sie po hali odlotów, podczas gdy ja podziwiałam jej fajny, niewymuszony podróżniczy look.

Nauczona naszymi wakacyjnymi doświadczeniami, cały czas pilnowałam paszportu i biletów. Czekałam posłusznie pod wskazaną bramką. Nie nakruszyłam na podłogę i choć miałam ciężką torbę, to tylko jedną. Weekend zapowiadał się bajkowo ....

... aż do momentu, kiedy wylądowałam na lotnisku w Rzymie i chciałam wypożyczyć samochód. Miałam rezerwację, więc byłam spokojna i nie brałam pod uwagę innej ewentulaności niż ta, że w przeciągu paru chwil będę siedziała w pięknej, klimatyzowanej Giuletcie i zmierzała w kierunku Florencji. Ot, zachciało mi się luksusów ....

... Najpierw bowiem okazało się, że rezerwacja a i owszem jest, ale na innym rzymskim lotnisku. Ostatecznie udało mi się jakoś ubłagać panią z okienka i samochód się znalazł. Nie mogłam go jednak wypożyczyć, bo posłuszeństwa odmówiła mi karta kredytowa, którą chciałam dokonać opłaty z tytułu depozytu. Próbowałam wielokrotnie licząc na słabe łącze, ale za każdym razem na wyświetlaczu widziałam tylko jedno słowo ‘negata’. Do dziś śni mi się to po nocach. Po niezliczonych minutach rozmów z Tatą Gałązką, sprawdzania i podwyższania limitów, dostępnych środków, byłam pewna, że czeka mnie podróż pociągiem do Florencji i to raczej na gapę, bo w portfelu miałam 50 eur na cały wyjazd. W rozmowie z bankiem okazało się, że karta w wyniku czyjejś pomyłki (!!!!) została zablokowana, że mogę złożyć reklamację i czekać na jej rozpatrzenie do ... 30 dni! W międzyczasie nie mogą zrobić nic więcej.  Taaa....

Moją ostatnią nadzieją była druga karta, którą wzięłam naprędce z domu. Zazwyczaj nie używam jej podczas wyjazdów, bo ma bardzo niski limit i służy do zakupów przez internet .... kumacie po co ten niski limit?;) Tak, tak, Matka potrzebuje czasem nad sobą bicza... w tych sprawach nie ręczę za siebie;) Niestety nie pamiętałam do niej PINu .... Nadal wisząc na telefonie z Tatą Gałązką, któremu należą się oklaski, ukłony i pochwały, bo gdyby nie on, to wizja tego pociągu była bardzo bliska;), ustaliłam nowy PIN i już prawie zacierałam ręce na widok tych kluczyków, które leżały dosłownie na wyciągnięcie ręki. PIN wprawdzie przeszedł, ale ten limit był nieubłaganie niski ... ZA niski na Giulettę, lecz w sam raz na Fiata Pandę.... no nie, pomyślałam, że ta Panda jest jakąś naszą rodzinną klątwą (w sierpniu zeszłego roku także o mało nie wylądowaliśmy w Pandzie z Frankiem i wszystkimi naszymi bambetlami). Cóż ... lepszy rydz niż nic... wizja podróżowania Pandą była i tak o niebo lepsza niż pomysł telepania się do Florencji pociągiem. Ostatecznie udał się mały szacher-macher i Tata Gałązka zapłacił voucherem, który zwolnił mnie z wszystkich kosztów. Trwało to jednak chwilę, bo taka procedura musi być zatwierdzona przez chyba wszystkie poziomy kierowników i dyrektorów SIXTa. Pani z okienka jak mantrę powtarzała do telefonu, że musi mieć zgodę „headquarters”. Uzyskanie jej zajęło kolejne dziesiątki minut.

Ostatecznie po 2 godzinach (sic!) czekania, dzwonienia i kreatywnej twórczości w poszukiwaniu rozwiązań tej sytuacji, siedziałam w pachnącej nowością Giuletcie. Patrzyłam beznamiętnie na wyświetlacz nawigacji, który pokazywał 306 km i 3 godziny drogi. Dopiero wtedy poczułam wszechogarniające zmęczenie i niechęć na myśl o tej niekończącej się nitce autostrad przede mną. Do naciśnięcia pedału gazu przekonało mnie jednak to delikatne podekscytowanie wydarzeniami dnia następnego. Chciałam być na Pitti, chciałam zobaczyć nową kolekcję Minimu, obejrzeć innych wystawców i po prostu zwyczajnie poszwendać się bez celu i bez pośpiechu po mieście, usiąść w małej knajpce na pizzę i w spokoju otworzyć notes na kartce, na której juz kilkakrotnie zaczynałam kreślić plany na nadchodzący rok. Ech, takie małe marzenie:) Więc ruszyłam ....
Do Florencji dojechałam późnym wieczorem i gdyby nie nawigacja, to zupełnie zgubiłabym się w tym gąszczu jednokierunkowych uliczek. Nie pomógłby nawet instynkt, który w chwilach największego zmęczenia potrafi po omacku wskazać drogę do najbliższego łóżka;)

Hotelik, który wcześniej przezornie zarezerwowałam miał bardzo klimatyczną fasadę. Przepiękne okiennice, ozdobne rośliny i ogólny porządek nie zapowiadały zupełnie mankamentów wnętrza i obsługi. Zaczynając od zepsutego klimatyzatora, który utrzymywał stałą temperaturę 19 stopni, a kończąc na śniadaniu, na które dostałam, dosłownie, suchego tosta z dżemem. Nie wiem, gdzie był ten obiecany szwedzki stół – choć w sumie mogłam wybrać, czy zjem tego tosta na sucho, czy z dżemem;) Ale tamtego wieczoru liczyła się dla mnie tylko czysta pościel i wygodny materac:) 

Sobota upłynęła mi pod hasłem targów. Po południu miałam jednak czas dla siebie i doszłam do wniosku, że grzechem byłoby spędzenie go w hotelu pod kołdrą, choć pokusa była spora:) Złapałam więc mapę pod pachę i ruszyłam w stronę historycznego centrum .... jak mi się wtedy wydawało najkrótszą drogą. Zabrnęłam w takie uliczki, że ciarki aż do dziś przechodzą mi po plecach na myśl o tych zakamarkach i ich lokatorach. Pominę ten fragment milczeniem, bo Tata Gałązka dałby mi nieźle popalić, gdyby dowiedział się, gdzie się szwendałam po nocach;) Trzeba jednak przyznać, że Florencja nocą jest bardzo klimatyczna. Wygląda trochę jak miasto ze średniowiecznych opowieści, pełne rzezimieszków i typów spod ciemnej gwiazdy, którzy warują w bocznych alejkach. Zimowa deszczowa pogoda wpędza wszystkich restauratorów w czeluście ich knajpek. Turyści przemykają tu i ówdzie, ale nie są to stada zgłodniałych atrakcji Azjatów. To raczej małe grupki, które w ciszy kontemplują duszę miasta. I tylko na głównych ulicach centrum czuć ten turystyczny zamęt. 

Wylądowałam w końcu w maleńkiej knajpce na pysznych, aczkolwiek strasznie kalorycznych pierożkach i grzankach z kapustą i czosnkiem (myślałam, że nie przejdzie mi to przez gardło, ale jednak...) Sączyłam powoli kieliszek białego wina, delektując się tą chwilą samotności, robiąc notatki z przyszłej kolekcji Minimu i snując plany na tak dobrze rozpoczęty wieczór. W tak dobrym nastroju dobrnęłam do momentu płatności, kiedy usłyszałam po raz kolejny to znienawidzone „negata”. Tym razem to jednak tylko chwilowy brak połączenia, więc ku mojej uciesze odeszła wizja odpracowania posiłku na kuchni;) Ten dyskomfort związany z ryzykiem odmowy transakcji towarzyszył mi zresztą przez cały wyjazd. Na szczęście limit pecha wykorzystałam pierwszego dnia:)

Pomimo tych wszystkich przygód, do których zaczynam się powoli przyzwyczajać i które przestają mnie już dziwić, samotny weekend był mi bardzo potrzebny. O takim głębszym oddechu i dłuższej chwili ciszy marzyłam w duszy już długo. I choć chciałam spędzić go trochę intensywniej, to jednak gdy odeszła ta adrenalina, która trzyma mnie w ryzach i codziennie każe wstać i na nowo stawiać czoła dniom pełnym obowiązków i trudności, wyszło ze mnie całe zmęczenie ostatnich miesięcy. W rezultacie wieczorami walczyłam ze snem, żeby choć tych kilka stron książki przeczytać, żeby w spokoju spisać pomysły, które siedzą mi w głowie i żeby nacieszyć się tym czasem bezczynności. 

Na tym idealnym obrazku jest tylko jedna spora rysa – tęsknota Franka, dla którego mój wyjazd był ogromnym szokiem. To było nasze pierwsze dłuższe rozstanie. I choć był bardzo dzielny, nie płakał i nie wołał mnie, to snuł się po domu, lekko osowiały i szukał mnie w miejscach, gdzie najczęściej przebywam. Nie potrafił zrozumieć tej nowej sytuacji. Tę jego smutną twarz i żal w oczach zapamiętam chyba do końca życia. Pierwsza próba odcięcia pępowiny była chyba jednak zbyt drastyczna, zarówno dla niego, jak i dla mnie. Z moją tęsknotą i wyrzutami sumienia czułam się trochę jak mama filmowego Kevina, która uświadamia sobie, że zostawiła swoje dziecko. Nasza wersja wydarzeń nie była jednak komiczna. Pozwoliła mi zrozumieć, że jestem mamą i teraz już zawsze będę borykała się z takimi dylematami.


I juz na sam koniec o moim fotograficznym projekcie związanym z wyjazdem. Pisałam Wam TU o photo checklistach. Poniżej moja interpretacja wybranych haseł

photograph your packing list / zdjęcie listy pakowanych rzeczy


photograph your plane tickets / zdjęcie biletów lotniczych

photos of the place you stayed /zdjęcia miejsca, w którym się zatrzymałeś













photograph inside a souvenir shop / zdjęcie w sklepie z pamiątkami






a typical street in a city/town you visit / zdjęcie typowej ulicy






your finger pointing to travel destination on a map / zdjęcia palca wskazującego cel podróży


photograph your bags all packed / zdjęcie spakowanych walizek



I jeszcze kilka ujęć z instagrama 




books/magazines you brought to read / ksiązki i gazety wzięte do czytania w podróży








7 komentarzy:

  1. Mimo tych "atrakcji" jednak zazdroszcze podróżowania. Najdalej byłam w Warszawie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, podróżowanie ma swój urok, choć potrafi być męczące. Na szczęście teraz jest łatwiej i łatwiej .... świat powoli zaczyna stawać otworem. Trzymam kciuki za wyprawy dalej niż do Warszawy:)

      Usuń
  2. Po pierwsze opis trzymający w napięciu z nutką humoru - świetnie piszesz :) a zdjęcia jeszcze lepsze :) mimo rozlaki to chyba warto czasem żeby wrócić z nowym pokładem energii i docenieniem codzienności której często zapomina się doceniać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, taki dystans jest czasem potrzebny, choć tęskniłam okropnie....

      Usuń
  3. no to mamusiu, miałaś niesamowite, a nawet trochę straszne przygody. Super, ciekawe i zabawne sprawozdanie. Człowiek niby uczy się na błędach, a jednak nadal popełniamy te same ; poradziłabym ,żebyś więcej gotówki woziła ze sobą, ale my sami nigdy więcej nie bierzemy na wyjazdy, no i przy Twoim "szczęściu" zacheciłabys jeszcze jakiś kieszonkowców ;) Piękne, klimatyczne zdjęcia, ach zazdroszczę takiego wyjazdu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą gotówką, to wziełam ją tylko na drobne wydatki .... jedzenie, pamiątki. Sądziłam, że z dwoma kartami nie ma opcji, żebym nie dała rady... a jednak;)) Nasze "szczęście" to już prawdziwa rodzinna historia. Śmiejemy się z naszych przygód, bo będzie co wspominać na emeryturze...:)

      Usuń
  4. Jejku, jak ten tekst się świetnie czyta! Zdjęcia cudne. Zdarzenia, cóż, jak i u mnie. Jak coś się przydarza raz na milion, to właśnie ja jestem tą jedną na milion i nie ma to nic wspólnego z wyjątkowością czy innymi super przymiotami. To się nazywa zwyczajnie w świecie pech. Nieważne. Aaaaa i ta cudna torebka.... Oddałam głos na Pani blog - uwielbiam go, uwielbiam gałązkowy sklep. Pozdrawiam ciepło. Magda

    OdpowiedzUsuń