Miało być o noworocznych postanowieniach i planach na
przyszłość... ale będzie o czymś ważniejszym!
Pisałam Wam już kiedyś TU o pewnej małej dziurce, która
sen z powiek spędza całej naszej rodzinie, dziurce w sercu, z którą urodził się
Franek. Pierwsze diagnozy postawione jeszcze w szpitalu tuż po urodzeniu były
zatrważające.... ubytek w przegrodzie międzykomorowej, 5-6 mm szerokości,
operacja bardzo trudna lub nawet niemożliwa ze względu na umiejscowienie wady. Jedyna
nadzieja w teriapii farmakologicznej lub w samoistnym zarośnięciu. Jednak przy
dużych ubytkach (powyżej 5 mm) ta ostatnia opcja zdarza się jednak rzadko. Pan
doktor szastał kilka dobrych chwil medycznymi terminami, z których połowy nie
pamiętam. Pamiętam tylko, że stałam z nim pośrodku sali pełnej inkubatorów
(akurat tam był aparat do echo) i zastanawiałam się, czy mam szczęście, że moje
dziecko urodziło się w terminie i nie jest taką kruszynką, podłączoną do
miliona kabelków, czy właśnie mam pecha, bo te kruszynki z odrobiną pomocy
wyrosną na zdrowe dzieci, a serce Franka nigdy nie będzie w pełni zdrowe.
Wyobrażałam sobie te 5-6 mm w serduszku niewiele większym od serca kury. Pamiętam
smutny i współczujący wyraz twarzy lekarza, Franka spokojnie drzemiącego w
szpitalnej „wanience”, śmiech i pogaduszki pielęgniarek w pokoju obok i siebie,
do połowy zgiętą ... i już nie wiem, czy w wyniku cesarki czy pod ciężarem tej
wiadomości. W drodze z oddziału, gdzie wykonano badanie do naszego pokoju
jeszcze jakoś się trzymałam, ale jak tylko przekroczyłam próg naszej salki i
ujrzałam pytające spojrzenia dziadków Gałązeczki, to coś we mnie pękło.... wiedziałam,
że w tym smutku nie będę sama, choć to marne pocieszenie. Przez chwilę nawet
chciałam znowu być dzieckiem, które może pobiec do rodziców, poskarżyć się,
pokazać zbite kolano, usłyszeć, że wszystko będzie dobrze, że się zagoi i że to
nie koniec świata. Jednak widok Franuli, śpiącego słodko w szpitalnym kocyku przypominał
mi, że dzieckiem już nie jestem, że teraz jestem mamą, przed którą los postawił
trudne zadanie.
Od tego czasu nasze życie wyznaczały regularne kontrole w
szpitalach, prywatnych gabinetach, godziny konsultacji z pediatrami i
przeszukiwania internetu. To nie czas, by rozpisywać się o realiach polskiej
służby zdrowia, bo o tym można by napisać cały elaborat. Każdy wie jak jest, każdy
choć raz stał w kolejce i czekał miesiącami na wizytę, trafił na bardziej lub
mniej kompetentnego lekarza. Choć patrząc dziś z perspektywy na wszystkie wydarzenia,
myślę, że mieliśmy dużo szczęścia do lekarzy, którzy zajmowali się Frankiem.
Zaczynając od przemiłej pani pediatry z Karowej, która pierwsza usłyszała szmer
i zrobiła wszystko, żeby Franek już w 10 dobie życia trafił pod opiekę
specjalistów (na którą standardowo czeka się 3 miesiące!!!), a kończąc na
wspaniałej, bardzo profesjonalnej i ... (aż słów mi brak) docent Dangel. Doc.
Dangel to guru w zakresie kardiologii dziecięcej. Trafiają do niej najcięższe
przypadki z całej Polski. I jeśli tylko ktoś z Was (choć nikomu tego nie życzę)
będzie kiedyś potrzebował takiej pomocy jak my, to nie zwlekajcie! Na wizytę
(prywatną of kors) do pani docent czeka się ok. 2-3 miesięcy.
Ale wracając do naszej dziurki.... na pierwszych badaniach
kontrolnych po wyjściu ze szpitala okazało się, że jest na szczęście trochę
mniejsza (3 mm). Ale dalej maleć nie chciała:( Za każdym razem słyszeliśmy te
same słowa „bez zmian”. Ostatni raz taką diagnozę postawiono zaledwie 4
miesiące temu. W grudniu przy okazji wizyty szczepiennej pojawił się promyk
nadziei. Badanie stetoskopem (margines
błędu może być spory) ujawniło, że szmer jest cichszy niż dotychczas. Nie chcieliśmy
zbyt wcześnie otwierać szampana, bo czekaliśmy na dokładniejsze wyniki. Wczoraj
z takimi właśnie wróciliśmy do domu.... dziurki nie ma! :) Doc. Dangel badała
Franka dwukrotnie, jakby lekko nie dowierzając, ale nic nie znalazła. Serduszko
Gałązeczki się samoistnie zarosło! Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Radość
miesza się trochę z obawą, że może to jakaś pomyłka.... Za pół roku czeka nas
jeszcze jedno badanie kontrolne, ale liczę, że będzie to tylko formalność.
Na tej mojej radości jest jednak mała zadra. Bo myślę o
tych wszystkich dzieciach, które spotykaliśmy w szpitalu, o których czytam na
facebooku, w internecie. I serce mi się kraja, że ich mamy nie usłyszą
(niektóre nigdy) takiej diagnozy jak my wczoraj, że choroba już zawsze będzie
ich codziennością ... tak jak i smutek....
Każde cierpienie dziecka wyciska moje łzy. Czy choroba,
czy złe traktowanie, czy nawet błahostka, z powodu której malec płacze. Serce
mi wtedy ściska, gula w gardle rośnie i słowa grzęzną gdzieś w klatce. Wiele
razy oglądałam w internecie ogłoszenia i prośby o pomoc. Najbardziej wzruszały
mnie te, w których odnajdywałam podobieństwo do Gałązeczki: Franek – wada serca,
chłopczyk urodzony w czerwcu 2012 – wada serca, itd. Oczyma wyobraźni widziałam
wtedy naszego Franka. I ręka sama naciskała klawisze ... mały klik, klik a
naprawdę pomaga. I choć Franek w swojej walce o zdrowe serduszko nie
potrzebował nigdy wsparcia finansowego (tak jak pisałam wizja operacji była
bardzo odległa, a pierwsze zalecenia mówiły o tym, żeby po prostu czekać i
obserwować), to są dzieci, które bez tego nie mają szans na wyzdrowienie. A
wystarczy naprawdę niewiele. .... szlachetna paczka, siępomaga.pl, 1% podatku,
kartki świąteczne kupione nie w empiku, lecz w jakiejś fundacji. Opcji jest
więcej niż nam się wydaje.
I na koniec już chciałam Wam polecić jedną taką duszyczkę,
która potrzebuje pomocy. Wiem, że facobookowo-blogowe akcje mają szeroki
zasięg. Widać to na przykładzie wsparcia dla Stacha.
Kalinka jest małą, śliczną dziewczynką, córką mojej koleżanki z dzieciństwa. Choruje
na rdzeniowy zanik mięśni. To jedna z tych wstrętnych chorób, na które nie ma
lekarstwa. Ale jest nadzieja, że dzięki staraniom rodziców, pomocy bliskich i
dalszych, a nawet całkiem nieznajomych, zdarzy się cud....
O Kalince możecie przeczytać więcej TU
Chciałam Wam też bardzo podziękować za kciuki trzymane za
Franka, za wszystkie słowa otuchy i wsparcia, za rady, kontakty, ... W naszej rodzinie zdarzył się prawdziwy cud.
Przepisu na taki cud niestety nie znam, ale jest kilka dobrych rad. Jedną z
nich pięknie ujmuje mama Dawidka Spałka w każdym ze swoich blogowych pożegnań: „ściskamy
mocno, tuli licko w licko i rozmawiajcie z bozią”!
PS. Dzisiejsze zdjęcia ze sprzętem, który pozwolił nam
przetrwać echo serca zupełnie bez płaczu i wyrywania się. Franek leżał
grzecznie całe 20 minut (sic!). To wynik treningów oswajających, które prowadziliśmy
w domu na misiach, Mamie, Babci i wszystkim, co wpadło nam w oko. Zestaw
lekarski Pinto to dokładnie to, czego szukałam. Drewniane cudeńko, proste i trwałe. Kupione TU.

















Wujek VERY HAPPY!
OdpowiedzUsuńStefan
Wujek very happy! Franek - good job, keep that beat inside U.
OdpowiedzUsuń:P
Wujku, dzięki!!!! My także VERY VERY HAPPY:)
UsuńBardzo wzruszający wpis. Wierze, że mały Franio jest przykładem cudu i teraz już wszystko będzie dobrze. Dużo zdrówka dla Ciebie Franio i uściski dla dzielnej mamy :)
OdpowiedzUsuńDziękujemy!! Jeszcze trochę trudno nam przyzwyczaić się do tej myśli, ale jak patrze na Franka - to widzę zdrowego i szczęśliwego brzdąca:) Tak już zostanie!
UsuńUwierz! I nas spotkał taki cud jakiś czas temu. Podobna wada, trzy lata zmagań, nocne bezdechy, leki i nagle samo się naprawiło. Ot, tak :)
OdpowiedzUsuńTo daje nadzieję także dla innych dzieciaczków. Właśnie próbuję tę wiarę w sobie wzniecić, choć nadal jeszcze jestem pełna obaw. Ale już tak poza wszystkim, to myślę, że samo się nic nie naprawia.... jest taka moc i ona czyni cuda.... jak pisałam na końcu... tuliliśmy licko w licko i rozmawialiśmy z bozią:)
UsuńRyczę i cieszę sie razem z Wami...:)
OdpowiedzUsuń:))) Mi się już łzy skończyły, ale guli w gardle chyba nie zabraknie mi nigdy;) Nawet teraz jak czytam Wasze komentarze, to mnie lekko przytyka:)
UsuńBardzo się cieszę że takie cuda się zdarzają. Mi też zawsze łzy z oczu wyciskają cierpienia, choroby dzieci, Buziaki dla Was!
OdpowiedzUsuńMam to samo. I nawet nie sądziłam, że narodziny dziecka tak bardzo to nasilą. Po prostu teraz zawsze w głowie pojawia mi się obraz Franka ... gdyby on przez to przechodził, co inne dzieci.... i jak tu zamknąć drzwi przed taką rozbująłą wyobraźnią... tylko się wkręcam bardziej;(
UsuńSuper wiadomości i wzruszająca notka.
OdpowiedzUsuńTeż trzymamy kciuki za Kalinkę i inne dzielne dzieciaki.
Agata
:)))
UsuńCieszę się, że Franek dostał nagrodę od losu. Wierzę, że wszystko już tylko będzie dobrze i już nie będziecie musieli się martwić o jego zdrowie. Pamiętam jak pewien lekarz w szpitalu pocieszając mnie przy zupełnie innej sytuacji jak Twoja powiedział, że życie to nie reklama, gdzie wszyscy są zdrowi i uśmiechnięci, bez trosk. Mam wrażenie, że każdego z nas coś podobnego dotyka i musimy mieć wtedy dużo siły, żeby przetrwać. Najgorzej jak to dotyczy naszych dzieci, jesteśmy wtedy bezsilni.
OdpowiedzUsuńŻyczę Wam zdrowia i tylko samych dobrych wieści:)
To prawda... najgorzej, gdy jakies cierpienie dotyczy naszych dzieci. Człowiek nie potrafi zrozumieć dlatego akurat to bezbronne dziecko. Ale wszystko się dzieje w życiu po coś, ja w to wierzę i myślę, że naszej rodzinie także nie przydażyło się to bez celu....
UsuńWspaniała wiadomość! Choć się nie znamy, cieszę się razem z Wami! Też znam maluszki, które potrzebują pomocy, których serduszka nie wyzdrowieją same na pewno - jedno z nich niedawno odeszło... W obliczu takich nieszczęść, cudownie przeczytać o Waszym szczęściu! I niech już Wam żadna choroba snu z powiek nie spędzi! Franio - cudowny :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńOla z http://wokoldzieci.blogspot.com/
Jak odchodzi takie maleństwo, to jedyne czego człowiek pragnie, to zrozumieć, dlaczego.... bo inaczej nie sposób tego zaakceptować. Oby takich nieszczęść jak najmniej!
Usuńwzruszyłam sie na maxa!!!!!!!! co za szczęscie w tym wszystkim!!!! cudowne wieści!!!! w góle nie miałam pojecia wczesniej......
OdpowiedzUsuńzdjęcia Franuli piękne! O tym zestawie też myślałam, ale ten mój Jul drewna chyba nie uważa :/
Nasza wada całkiem niewidoczna była.... Franek w zasadzie rozwijał się normalnie, ale gdzieś za tylnymi drzwiami zawsze czyhało to paskudztwo. A do drewnianych zabawek Franek nawet się przekonuje, ale tylko na 5 minut i potem nuda...;)))
UsuńOlu! Ogromnie się cieszymy z waszej radości i że Franiu jest zdrowy! Bo zdrowie jest najważniejsze! My też często odwiedzamy lekarzy...ale o naszej przypadłości napiszę na priv.
OdpowiedzUsuńUcałuj Franulka od nas w jego zdrowe, mocne serduszko :* :* :*
Pozdrawiamy Kasia i Staś ;)
Kasiu, napisałam na prv. My tez przesyłamy tony buziaków!!!!
UsuńWiem jakie to szczęście usłyszeć coś na co się czeka ta bardzo, usłyszeć że nasza najważniejsza istota na świecie jest zdrowa :) i ten spokój kto się wtedy czuje:) nie do opisania:) cieszę się bardzo że Franuś jest zdrowiutki i wierze że będzie już teraz dobrze:) a cuda się naprawdę zdarzają :) Całusy dla Ciebie i Franusia :*
OdpowiedzUsuńDziękujemy!!! Teraz tego szczęścia życzymy innym i kawałkiem tego cudu chcemy się dzielić!
UsuńHej hej : )
OdpowiedzUsuńNasze serduszko (bo przy tym wszystkim Stach też miał dziurę w sercu) też już zdrowe : ) Zdarzają się lekarze perełki : )
Troska o dziecko jest ogromna i człowiek potrafi postawić wszystko do góry nogami. Zrobiliśmy dużą akcję dla Stacha, ale wyobraź sobie, że niestety na turnus rehabilitacyjny wart ok 6 tys. dalej nas nie stać. Jest głośno, ludzie udostępniają, piszą, licytują... ale koniec końców brakuje nam sporo :(
Zanim napisałam na blogu o problemach Stacha sama musiałam się z tym psychicznie zmierzyć i nie było to łatwe... Rozumiem Cię.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, przesyłam całusy!
Kasia, mama Stacha z rocknroll-baby.pl
To prawda, wyciągnąć grosz z kieszeni innych nie jest łatwo ... też coś o tym wiem w kontekście sklepu. Bez wsparcia trudniej, ale z taką Mamą i takim Tatą Stach na pewno wyrośnie na zdrowego kawalera. Tymczasem ściskamy Was mocno, życzymy zdrowia od stóp do głów:)
UsuńOlus kochana pisz czesciej,jak Ty to pieknie napisalas ,czytalam i ja Ciebie mialam taka roztrzesiona,bezbronna,delikatna taka ze przez lacza taka cholerna potrzebe przytulenia Cie poczulam! Ty wiesz ze Ty mi w serduchu blisko bardzo sliczna!!! Nic dziwnego ze galazeczka taka urocza majac takie geny,i zdrowe czyste serduszko ma! Tule mocno
OdpowiedzUsuńPaula dzieki!!!! Skąd Ty tyle ciepła masz..... jakiś wewnętrzny kaloryfer czy co???? Sama w problemach toniesz, a jeszcze innych pocieszasz.... tylko Ci skrzydła doprawić i z Frankiem mogłabyś do aniołkowych zdjęć pozowac:)
UsuńRewelacyjna wiadomość!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńto naprawdę świetna wiadomość, aż mnie ściskało w sercu jak to czytałam :( Jak sobie pomyślę co musieliście przeżywać :( to ja przezywalam i dramatyzowalam,ze oliwier ma znamie na czole..a jak bym się dowiedziała,że cos z serduszkiem.. Nowy rok fantastycznie się zaczął, dużo zdrówka dla Frania ! mocno ściskamy !!!!!
OdpowiedzUsuńJak sie słyszy takie wieści, to człowiek nie chce w to wierzyć... ja mam wrażenie, że wypierałam to przez cały czas, wmawiałam sobie, że to nic poważnego, że wyrośnie z tego ... dzięki temu psychicznie dałam radę, bo inaczej to nic tylko zwariować ze zmartwienia.... przecież każdy bezdech, każdy zmęczenie, przyspieszony oddech .... w panice dzwonilismy na pogotowie. Dobrze, że to juz za nami!
Usuń