8 stycznia 2014

The end and the beginning


Godzina 5:30. Kładę się koło Gałązeczki. W głowie łomocze, myśli krzyczą coś do mnie, a jak tak bym chciała wyciszyć je na chwilę... krótką .... no dwie godzinki chociaż .... zanim ten mój łobuz zasygnalizuje, że pora zacząć kolejny dzień! Ale nie! Nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich planach na kolejny rok. Dopiero co pożegnaliśmy poprzedni, trochę z sentymentem, bo nie chcę pozwolić tym wspomnieniom ulecieć. Jakby miały zniknąć gdzieś w otchłani.

Myślę .... sklep ... znalazłam kolejną cudną markę, ok, napiszę do nich. Hmmm .... same ubranka ... może zabawki, widziałam cudne gdzieś we francuskim sklepie. Sama bym chciała takie dla Franka. A jeszcze książeczki ... to byłoby świetne dopełnienie. Myślę ... zwolnij .... nawet ulotek jeszcze nie wydrukowałaś, a już nowe marki chcesz zamawiać. Myślę ... nie, najpierw ulotki, potem nowości. A i jeszcze ta umowa na pozycjonowanie, naklejki ... w myślach skroluję moje stickiesy .... jeszcze baner. I tak pewnie coś pominęłam.

Showroom .... kurcze, chyba zabraknie mi wieszaków... Jak za miesiąc pojawią się nowe kolekcję, to gdzie je wywieszę? Pudełka jeszcze dokupić muszę. Rzeczy się w nich nie kurzą i upragniony porządek mam.

Myślę ... dom .... muszę w końcu pomalować te drzwi w jadalni. Patrzę na nie codziennie i ciągle się waham.... tyle roboty, farba będzie śmierdziała... ale nie, przecież ja zawsze chciałam białe, to będą białe! No i zasłony u Franka czas zmienić.... na takie jasne, piękne, nawet je mam, ale skrócić trzeba ... tak jak te w salonie i przedpokoju.... rany!

Leżę tak .... zbliża się 6 rano. Lista planów wciąż rośnie w mojej głowie. Myślę.... spokojnie, masz cały rok! Cieszę się na te wszystkie zmiany! A będzie ich sporo. Czuję, że kolejny przełomowy rok przede mną. Z postanowieniami bywa różnie. Nigdy nie wyznaczam sobie celów niemożliwych lub niedookreślonych.... frustracja związana z porażką potrafi podciąć skrzydła. Moje cele są realne, choć wymagające. I choć sporo ich, a pewnie kolejne wciąż dopisywać będę w trakcie roku, to łatwiej mi poukładać te myśli, gdy je mam. Zmian będzie dużo ... w sklepie, showroomie, na blogu. Ale jedno co się nie zmieni to nasza codzienność. Nasze harce, przytulaki, spacery i wyprawy, wspólne czytanie i zabawy. Dzisiaj trochę naszych grudniowych kadrów. Pewnie za rok napiszę Wam ponownie o tych planach .... pokażę nowe marki w sklepie.... te drzwi w jadalni pomalowane .... i tylko te zdjęcia nasze codzienne będą takie same!:) 

PS. Trzymajcie kciuki za te plany:)



































Co-my-tu-mamy:
longsleeve w chmury - nosweet
szare spodnie dresowe, szary sweter rozpinany, niebieskie spodnie (sesja z pierniczkami), wełniane skarpety - KappAhl
longsleeve w pingwiny - Mini Rodini
legginsy burzowe - Minimu chic for kids
szara czapka - Cool Club
granatowo-biały sweter na suwak - NEXT (sh)
granatowe spodnie - Maybe4baby
kamizelka futrzana - nosweet
body WTF is NO - Eh Parents for babies
niebieska bluza z sówką - H&M
żółte joggersy - ZARA

walizeczka - Kids Town
sorter - Tidlo
lampiony w gwiazdki - MiaHome

4 stycznia 2014

Noworoczny cud


Miało być o noworocznych postanowieniach i planach na przyszłość... ale będzie o czymś ważniejszym!
 
Pisałam Wam już kiedyś TU o pewnej małej dziurce, która sen z powiek spędza całej naszej rodzinie, dziurce w sercu, z którą urodził się Franek. Pierwsze diagnozy postawione jeszcze w szpitalu tuż po urodzeniu były zatrważające.... ubytek w przegrodzie międzykomorowej, 5-6 mm szerokości, operacja bardzo trudna lub nawet niemożliwa ze względu na umiejscowienie wady. Jedyna nadzieja w teriapii farmakologicznej lub w samoistnym zarośnięciu. Jednak przy dużych ubytkach (powyżej 5 mm) ta ostatnia opcja zdarza się jednak rzadko. Pan doktor szastał kilka dobrych chwil medycznymi terminami, z których połowy nie pamiętam. Pamiętam tylko, że stałam z nim pośrodku sali pełnej inkubatorów (akurat tam był aparat do echo) i zastanawiałam się, czy mam szczęście, że moje dziecko urodziło się w terminie i nie jest taką kruszynką, podłączoną do miliona kabelków, czy właśnie mam pecha, bo te kruszynki z odrobiną pomocy wyrosną na zdrowe dzieci, a serce Franka nigdy nie będzie w pełni zdrowe. Wyobrażałam sobie te 5-6 mm w serduszku niewiele większym od serca kury. Pamiętam smutny i współczujący wyraz twarzy lekarza, Franka spokojnie drzemiącego w szpitalnej „wanience”, śmiech i pogaduszki pielęgniarek w pokoju obok i siebie, do połowy zgiętą ... i już nie wiem, czy w wyniku cesarki czy pod ciężarem tej wiadomości. W drodze z oddziału, gdzie wykonano badanie do naszego pokoju jeszcze jakoś się trzymałam, ale jak tylko przekroczyłam próg naszej salki i ujrzałam pytające spojrzenia dziadków Gałązeczki, to coś we mnie pękło.... wiedziałam, że w tym smutku nie będę sama, choć to marne pocieszenie. Przez chwilę nawet chciałam znowu być dzieckiem, które może pobiec do rodziców, poskarżyć się, pokazać zbite kolano, usłyszeć, że wszystko będzie dobrze, że się zagoi i że to nie koniec świata. Jednak widok Franuli, śpiącego słodko w szpitalnym kocyku przypominał mi, że dzieckiem już nie jestem, że teraz jestem mamą, przed którą los postawił trudne zadanie.

Od tego czasu nasze życie wyznaczały regularne kontrole w szpitalach, prywatnych gabinetach, godziny konsultacji z pediatrami i przeszukiwania internetu. To nie czas, by rozpisywać się o realiach polskiej służby zdrowia, bo o tym można by napisać cały elaborat. Każdy wie jak jest, każdy choć raz stał w kolejce i czekał miesiącami na wizytę, trafił na bardziej lub mniej kompetentnego lekarza. Choć patrząc dziś z perspektywy na wszystkie wydarzenia, myślę, że mieliśmy dużo szczęścia do lekarzy, którzy zajmowali się Frankiem. Zaczynając od przemiłej pani pediatry z Karowej, która pierwsza usłyszała szmer i zrobiła wszystko, żeby Franek już w 10 dobie życia trafił pod opiekę specjalistów (na którą standardowo czeka się 3 miesiące!!!), a kończąc na wspaniałej, bardzo profesjonalnej i ... (aż słów mi brak) docent Dangel. Doc. Dangel to guru w zakresie kardiologii dziecięcej. Trafiają do niej najcięższe przypadki z całej Polski. I jeśli tylko ktoś z Was (choć nikomu tego nie życzę) będzie kiedyś potrzebował takiej pomocy jak my, to nie zwlekajcie! Na wizytę (prywatną of kors) do pani docent czeka się ok. 2-3 miesięcy.  

Ale wracając do naszej dziurki.... na pierwszych badaniach kontrolnych po wyjściu ze szpitala okazało się, że jest na szczęście trochę mniejsza (3 mm). Ale dalej maleć nie chciała:( Za każdym razem słyszeliśmy te same słowa „bez zmian”. Ostatni raz taką diagnozę postawiono zaledwie 4 miesiące temu. W grudniu przy okazji wizyty szczepiennej pojawił się promyk nadziei.  Badanie stetoskopem (margines błędu może być spory) ujawniło, że szmer jest cichszy niż dotychczas. Nie chcieliśmy zbyt wcześnie otwierać szampana, bo czekaliśmy na dokładniejsze wyniki. Wczoraj z takimi właśnie wróciliśmy do domu.... dziurki nie ma! :) Doc. Dangel badała Franka dwukrotnie, jakby lekko nie dowierzając, ale nic nie znalazła. Serduszko Gałązeczki się samoistnie zarosło! Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Radość miesza się trochę z obawą, że może to jakaś pomyłka.... Za pół roku czeka nas jeszcze jedno badanie kontrolne, ale liczę, że będzie to tylko formalność. 

Na tej mojej radości jest jednak mała zadra. Bo myślę o tych wszystkich dzieciach, które spotykaliśmy w szpitalu, o których czytam na facebooku, w internecie. I serce mi się kraja, że ich mamy nie usłyszą (niektóre nigdy) takiej diagnozy jak my wczoraj, że choroba już zawsze będzie ich codziennością ... tak jak i smutek....

Każde cierpienie dziecka wyciska moje łzy. Czy choroba, czy złe traktowanie, czy nawet błahostka, z powodu której malec płacze. Serce mi wtedy ściska, gula w gardle rośnie i słowa grzęzną gdzieś w klatce. Wiele razy oglądałam w internecie ogłoszenia i prośby o pomoc. Najbardziej wzruszały mnie te, w których odnajdywałam podobieństwo do Gałązeczki: Franek – wada serca, chłopczyk urodzony w czerwcu 2012 – wada serca, itd. Oczyma wyobraźni widziałam wtedy naszego Franka. I ręka sama naciskała klawisze ... mały klik, klik a naprawdę pomaga. I choć Franek w swojej walce o zdrowe serduszko nie potrzebował nigdy wsparcia finansowego (tak jak pisałam wizja operacji była bardzo odległa, a pierwsze zalecenia mówiły o tym, żeby po prostu czekać i obserwować), to są dzieci, które bez tego nie mają szans na wyzdrowienie. A wystarczy naprawdę niewiele. .... szlachetna paczka, siępomaga.pl, 1% podatku, kartki świąteczne kupione nie w empiku, lecz w jakiejś fundacji. Opcji jest więcej niż nam się wydaje. 

I na koniec już chciałam Wam polecić jedną taką duszyczkę, która potrzebuje pomocy. Wiem, że facobookowo-blogowe akcje mają szeroki zasięg. Widać to na przykładzie wsparcia dla Stacha

Kalinka jest małą, śliczną dziewczynką, córką mojej koleżanki z dzieciństwa. Choruje na rdzeniowy zanik mięśni. To jedna z tych wstrętnych chorób, na które nie ma lekarstwa. Ale jest nadzieja, że dzięki staraniom rodziców, pomocy bliskich i dalszych, a nawet całkiem nieznajomych, zdarzy się cud....
O Kalince możecie przeczytać więcej TU

Chciałam Wam też bardzo podziękować za kciuki trzymane za Franka, za wszystkie słowa otuchy i wsparcia, za rady, kontakty, ...  W naszej rodzinie zdarzył się prawdziwy cud. Przepisu na taki cud niestety nie znam, ale jest kilka dobrych rad. Jedną z nich pięknie ujmuje mama Dawidka Spałka w każdym ze swoich blogowych pożegnań: „ściskamy mocno, tuli licko w licko i rozmawiajcie z bozią”!


PS. Dzisiejsze zdjęcia ze sprzętem, który pozwolił nam przetrwać echo serca zupełnie bez płaczu i wyrywania się. Franek leżał grzecznie całe 20 minut (sic!). To wynik treningów oswajających, które prowadziliśmy w domu na misiach, Mamie, Babci i wszystkim, co wpadło nam w oko. Zestaw lekarski Pinto to dokładnie to, czego szukałam. Drewniane cudeńko, proste i trwałe.  Kupione TU.

















1 stycznia 2014

The best of 2013



Bye bye dwunastko!
To był dopiero rok... rok wyczekiwania i rok radości z narodzin, pierwszy rok poza brzuszkiem i rok pierwszych wspólnych chwil, rok pierwszych spacerów i pierwszych nieprzespanych nocy, rok pierwszych usmiechów i pierwszych histerii....ach, tyle się działo, że koniec tego roku postanowiliśmy uczcić spokojnie. (...) Miejmy nadzieję, że ta 13-tka będzie dla nas szczęśliwa

Nie,  to nie żadna pomyłka! Tak równo rok temu żegnałam rok 2012! Blog wtedy jeszcze raczkował. Nie mieliśmy nawet własnego wirtualnego kąta. Wpisy pojawiały się tylko na facebooku. A ja, lekko w tym wszystkim zagubiona, zupełnie nie wiedziałam, dokąd ta droga mnie zaprowadzi. Zabawa i przyjemność dość szybko przekształciły się w pasję i pomysł na siebie. Gdybym dzisiaj miała napisać krótkie podsumowanie, to wyliczanka ciągnęłaby się w nieskończoność. Z pewnością jednak "trzynastka" nie była dla nas pechowa. Była za to pełna niespodzianek i radykalnych zmian. Była też wymagająca, bezsenna, pełna trudnych decyzji i napięć, pełna obaw i rozterek. I była taka zwykła, codzienna, domowa. Pełna niemowlęcego śmiechu, dziecięcych okrzyków złości i sprzeciwu, pełna matczynej czułości, pełna uścisków i całusów, pełna zabaw, rozbryzganych obiadów, przemoczonych spodni, pełna piasku w butach i kredek rozgniecionych na dywanie. Nie zamieniłabym tej trzynastki na żadną inną, choć z niecierpliwością czekam na to, co przed nami.

Trzynastkę zapamiętam też jako początek czegoś nowego. Otwarcie showroomu i start sklepu internetowego przypieczętowały proces zmian, które najpierw powoli rodziły się i dojrzewały w mojej głowie, by potem nabrać realnych kształtów i już na dobre skierować nasze życie na zupełnie inne tory. To na pewno mój największy sukces. I choć przede mną wiele nieprzespanych nocy, to uśmiech nie schodzi mi z twarzy!

Mogłabym tak pisać i wymieniać jeszcze długo, ale żadne słowa nie oddadzą pewnych wspomnień tak dobrze jak zdjęcia. Dlatego dzisiaj mam dla Was całkiem obiektywno-subiektywny przegląd tego, co wydarzyło się w naszym Gałązkowym świecie i co mogliście oglądać tu na blogu. Postanowiłam podzielić nasze podsumowanie na miesiące. Z oczywistych względów najpopularniejsze wpisy pochodzą z ostatnich miesięcy roku. Jednak dopiero w zestawieniu z pierwszymi notkami najlepiej widać zmiany, które miały miejsce w naszym życiu ... zarówno te rodzinne związane z naszą codziennością i dorastaniem Gałązeczki, jak i te blogowe dotyczące koncepcji, zdjęć, tematów. A przegląd jest obiektywno-subiektywny, bo zawiera zarówno najpopularniejsze wpisy, jak i te, które są mi najbliższe. 

A to było tak....

LUTY

You love...



Mummy loves ...



MARZEC

You love...




Mummy loves ...



KWIECIEŃ

You love...



Mummy loves ...



MAJ

You love...



Mummy loves ...



CZERWIEC

You love...



Mummy loves ...



LIPIEC

You love...



Mummy loves ...



SIERPIEŃ

You love...



Mummy loves ...



WRZESIEŃ

You love...



Mummy loves ...



PAŹDZIERNIK

You love...





Mummy loves ...






LISTOPAD

You love...



Mummy loves ...



GRUDZIEŃ

You love...



Mummy loves ...